W domu jest telewizor, radio i podłączony do Internetu komputer. Zadanie: zaznajomić się ze Sztuką. Czy się uda? Powinno. W końcu wszystko, co ISTNIEJE, musi znaleźć swoją reprezentację w medialnym hiperobiegu. Jeśli więc Sztuka JEST, to musi również HIPERBYĆ.

Zagadnienie sztuki w Internecie podejmowałem na łamach „Purpose” kilkakrotnie (artykuły „Cultural window shopping”, „Modelowanie pustki”), chciałbym jednak do wcześniejszych analiz dorzucić kilka refleksji. Przede wszystkim warto wspomnieć o witrynach internetowych dotyczących sztuki (takich jak http://www.obieg.pl lub http://www.purpose.com.pl), których powstaje coraz więcej. Przedsięwzięcia takie są bardzo potrzebne, ponieważ stwarzają pole do dyskusji, która pozwala na metodologiczne uporządkowanie współczesnych artystycznych i intelektualnych poszukiwań. Działalność „Purpose” (cóż, czasem warto schlebiać pracodawcom, szczególnie, jeśli te pochlebstwa mają całkiem obiektywne podstawy) jest w tym wypadku szczególnie istotna, ponieważ pomaga młodym twórcom odnaleźć się w rzeczywistości rynkowej, uzmysłowić im realną wartość zabiegów marketingowych, bez których współczesna sztuka skazana jest na banicję.

Można zaryzykować stwierdzenie, że kontekst ponowoczesnej dyskusji o sztuce konstytuuje się właśnie w cyberprzestrzeni. Bez Internetu trudno wyobrazić sobie funkcjonowanie nowoczesnych, multimedialnych przedsięwzięć artystycznych. Czy to dobry znak? Oczywiście, że tak, ponieważ sztuka — o ile potraktujemy ją jako dziedzinę duchowych, estetycznych eksperymentów, które pozwalają na nowo zdefiniować ludzką tożsamość (w kontekście wyzwań, jakie stawia przed nami naukowo-ekonomiczny rozwój nowoczesnych społeczeństw) — musi być wszędzie tam, gdzie dzieje się to, co nowe. Sztuka musi iść dalej. Musi ukazywać możliwe konsekwencje dzisiejszych decyzji, stawiać pytania o przyszłość.


ilustracja: Tomasz Kaczkowski

Wszystko wskazuje na to, że naszą przyszłością jest cyberprzestrzeń, należy więc cieszyć się, że sztuka w Internecie JEST. Portale organizujące przestrzeń artystycznej wymiany cieszą się dużym powodzeniem. Powinniśmy jedynie zadbać o to, aby nie były one zbyt podatne na odgórną działalność cenzorską. Kiedy Rupert Murdoch przejął MySpace, zniknęły z niej wszelkie treści o charakterze „obscenicznym”, co związane było z planowaną komercjalizacją tej witryny. Szkoda, że tak się stało. Artystyczne portale powinny być wolne od takich działań. Środowisko artystyczne samo doskonale poradzi sobie z marginalizacją pseudoartystycznych treści. Nie potrzeba tu autorytatywnych decyzji moderatora (podejmowanych w imię politycznej poprawności lub „dobrego smaku”).

A co z obecnością sztuki w telewizji? Tu niestety jest dużo gorzej. Oczywiście związane jest to z samą strukturą telewizji, z uwarunkowaniami o charakterze ekonomicznym i technologicznym. W Internecie niemal każdy może być nadawcą (warto przy okazji wspomnieć o fenomenie „Web 2.0”, czyli nowej wizji Internetu wyrażającej się zatarciem granic między nadawcą a odbiorcą), podczas gdy telewizja nadal znajduje się rękach środowisk decydenckich. Tradycyjna telewizja jest droga, ma ograniczone pasma nadawania, musi więc podlegać odgórnej regulacji. Tam, gdzie w grę wchodzą wielkie pieniądze, sztuka jest marginalizowana, w związku z czym trzeba ustawowo gwarantować możliwość jej publicznej prezentacji.

Wynikiem tych ustawowych obostrzeń jest działalność TVP Kultura. To wspaniale, że taka telewizja istnieje, nie sposób jednak nie zauważyć, że pole jej oddziaływania jest dość małe. To prawda, programy kulturalne mają słabą oglądalność, trudno jednak w przypadku sztuki stosować kryteria ekonomiczne. Wydaje się, że telewizja publiczna nadal niedobrze wywiązuje się ze swoich ustawowych obowiązków. TVP Kultura powinna być bardziej promowana, zwiastuny jej programów winny być emitowane w najlepszych reklamowych pasmach „Jedynki” i „Dwójki” — wtedy być może udałoby się zainteresować masowego odbiorcę czymś więcej niż konkursami „audiotele”.

Innym ważnym zagadnieniem jest upolitycznienie telewizyjnego dyskursu o sztuce. Niestety, przedwyborcze obietnice odpolitycznienia telewizji publicznej były pustymi hasłami. Programy takie, jak „Ring” Rafała Ziemkiewicza mają mocne światopoglądowe zabarwienie. Ktoś mógłby powiedzieć, że nie da się uniknąć ideologicznego skrzywienia, szczególnie w przypadku programów autorskich. Może to prawda, jednak takich „autorskich” programów jest w TVP coraz więcej, podczas gdy nadal nie ma w niej miejsca na autentyczną debatę, w której każda ze stron miałaby równe szanse zaprezentowania swojej koncepcji — nawet, jeśli ta koncepcja nie przystawałaby do obrazu świata promowanego przez autora programu. Cóż, takie czasy. Być może postulat autentycznej telewizyjnej debaty jest tylko nieziszczalnym marzeniem pięknoducha.

Jeśli tzw. oficjalne media nie potraktują poważniej zagadnień związanych z szeroko pojętą kulturą, to niebawem stracą wszelką wiarygodność. Telewizja stanie się domeną rozrywki czystej, nieskażonej refleksją. Wszystko, co ważne i prowokacyjne, przeniesie się do Internetu. Kto wie, może rozwiązaniem problemu obecności sztuki w mediach będzie telewizja cyfrowa? Optymizmem napawają badania marketingowe, które pokazują, że to, co niszowe mimo wszystko znajduje swoich odbiorców („fenomen długiego ogona”). Jestem więc dobrej myśli. Sztuka, tak jak snajper, zawsze znajdzie sobie miejsce do strzału. Wszystko zależy od oka i profesjonalizmu snajpera.