Kultura

MIASTO | Wyjść z własnego „M”

2017-05-06

Czas czytania: 12 minut

Szare, monotonne, anonimowe, przygnębiające. Blokowiska – smutne relikty epoki gospodarki niedoborów. Taką opinię zyskało sobie masowe budownictwo mieszkaniowe, będące w swoim czasie odpowiedzią na wzrastającą liczbę mieszkańców polskich miast. Często budowane przy użyciu niskiej jakości materiałów i niezbyt zaawansowanych technologii, są efektem polityki nastawionej na ilość kosztem jakości. Jednak w blokach mieszka i dalej będzie mieszkać ogromna liczba ludzi. Jak zatem stworzyć z betonowych osiedli lepsze miejsce do życia?


Mamy już mieszkania

Za zmierzch epoki blokowisk w USA i Europie Zachodniej uznaje się lata 70. Wówczas podczas bezprecedensowej akcji wysadzone w powietrze zostało całe socjalne osiedle Pruitt-Igoe, zbudowane w St. Louis w latach 50. XX wieku, zgodnie z modernistycznymi ideałami kongresów CIAM, które miały na celu wypracowanie lepszej organizacji życia w uprzemysłowionych miastach. Za problemy tego wieloetnicznego osiedla obarczano architekturę. Dziś, po ponad 40 latach, widać inne przyczyny, takie jak brak programu integrującego mieszkańców, polityczne rozgrywki i problemy ekonomiczne, z jakimi zaczęło się borykać amerykańskie miasto. Niemniej jednak spektakularne wyburzenie zbiegło się z falą krytyki skierowanej wobec modernistycznych osiedli. Kiedy model miasta dla człowieka „zorganizowanego” (podróżującego samochodem z mieszkania do pracy, a później na parking domu towarowego) na Zachodzie był już negowany, w Europie Środkowej i Wschodniej skala i liczba inwestycji tego typu ciągle rosła. Beton, winda, sklep, beton, blok, blok – śpiewał punkrockowy zespół Brygada Kryzys w piosence Radioaktywny blok. Opisuje ona monotonię życia w „zorganizowanej” przestrzeni, ale też marazm, brak wolności i perspektyw w Polsce lat 80. W 1971 r. Jan Ghel pisał o dehumanizacji blokowisk: W całej historii ludzkiego osadnictwa ulice i place stanowiły punkty skupienia i miejsca zgromadzeń, lecz z nadejściem funkcjonalizmu dosłownie zadeklarowano, że są one niechciane. W zamian zostały zastąpione przez drogi, ścieżki i bezkresne trawniki. Ghel nie aprobował założeń modernizmu. Zachwycony przyjazną skalą architektury i relacjami międzyludzkim, które powstawały na ulicach tradycyjnych włoskich miasteczek, za źródło ich zalet uznawał przede wszystkim niewielki ruch samochodowy. Budowane zwykle na obrzeżach blokowiska, połączone z centrum szerokimi arteriami, według urbanisty reprezentowały negatywny model miasta dla kierowców. W Kopenhadze Gehl zrealizował swój postulat wyłączania wybranych ulic z ruchu samochodowego, co miało związek z innymi działaniami, które miały podnosić jakość przestrzeni publicznych. Reprezentowany przez architekta nowy urbanizm koncentruje się na uatrakcyjnianiu i docenieniu zwartej śródmiejskiej zabudowy. Poprawa jakości życia w blokowiskach wciąż jest wyzwaniem i wymaga wypracowania nowych, dostosowanych do lokalnych warunków rozwiązań. Po upadku żelaznej kurtyny ujawniły się różnice między miastami na Zachodzie i Wschodzie. Najlepiej widać to na przykładzie Niemiec, gdzie początkowo rozważano wyburzanie licznych blokowisk, ale ostatecznie zdecydowano się na program remontowy. Wiele budynków przeszło prace wzmacniające konstrukcje i wymianę instalacji. Najbardziej rewolucyjne projekty w tej dziedzinie tworzy biuro Stefan Foster Architekten, które wprowadza do bloków mieszkania o zróżnicowanej wielkości i niekonwencjonalnych planach, aranżuje ogrody na dachach, tarasy oraz renowacje przestrzeni wokół obiektów. W Polsce także planowane są pilotażowe programy rewitalizacji osiedli w Krakowie i Wrocławiu. Na Politechnice Krakowskiej powstaje katalog on-line dla mieszkańców i zarządców budynków z wielkiej płyty, pokazujący, jak prawidłowo zabrać się do ich renowacji.

Między blokami

Stan techniczny budynków to jedno – drugie to jakość życia w blokowiskach. Krytyka „funkcjonalizmu” może być kwestionowana ze względu na dokonania tych architektów, którzy rozwijali modernistyczną koncepcję w twórczy i niestandardowy sposób. Przykładem radykalnej zmiany obowiązujących wówczas standardów jest osiedle im. Juliusza Słowackiego w Lublinie, zaprojektowane przez Zofię i Oskara Hansenów w latach 60., a ukończone w 1972 r. Osiedle zostało podzielone na strefy, z których każda miała pełnić odrębne funkcje. W samym centrum znalazła się część zarezerwowana dla ruchu pieszego, w której usytuowano osiedlowy ogród i dom kultury. Należy pamiętać, że w ten sposób rozwijana była wciąż ta sama, modernistyczna idea, zgodnie z którą należało dać mieszkańcom dostęp do światła, powietrza i zieleni. Jednostka Marsylska – uważana za prototyp powojennych bloków – lewituje na filarach w kształcie litery V, integrując poziom 0 budynku z otaczającą go zielenią. Niestety, nie wszędzie przykładano do tego elementu dostateczną wagę. Lata 90. w polskich miastach upłynęły na walce z przygnębiającym wizerunkiem blokowisk za pomocą pstrokatej termomodernizacji. Kolejnym etapem walki z szarością stały się wielkoformatowe murale i punktowe działania spółdzielni i wspólnot, mające na celu „ucywilizowanie” otoczenia. Mimo to wciąż w wielu miejscach nie działa się na rzecz poprawy przestrzeni wspólnych. Być może nadchodzi jednak moment, w którym modernizacje będą dotyczyć także przestrzeni publicznych i półpublicznych. W przeciwieństwie do drogich, kompleksowych przekształceń na wzór niemiecki, często mniej spektakularne działania, takie jak aranżacja zieleni, oświetlenia, mała architektura czy inne niedrogie designerskie modyfikacje, z powodzeniem mogą polepszyć jakość przestrzeni między blokami. Projekt trzech designerów z Lublany to pomysł na relatywnie mało kosztowne zagospodarowanie dachu konkretnego bloku jako przestrzeni do uprawiania sportu i rekreacji przez mieszkańców. Takie propozycje, na które mogą sobie pozwolić dobrze prosperujące wspólnoty czy spółdzielnie, nie są trudne w realizacji. Większy problem stanowi porozumienie między mieszkańcami, wspólne określenie potrzeb i otwartość na niestandardowe rozwiązania.

Wyjść z własnego „M”

Problemem bloków jest, co podkreślają socjolodzy, ich skala. W większych budynkach trudno poznać nawet wszystkich sąsiadów z własnej klatki schodowej. Nudne, formalne zebranie jest często jedyną okazją do przedyskutowania problemów społeczności danego budynku. Problem atomizacji mieszkańców spróbował przełamać warszawski artysta Paweł Althamer. W 2000 r. namówił mieszkańców swojego bloku przy ulicy Krasnobrodzkiej 13 na warszawskim Bródnie, żeby o umówionej porze odpowiednio zapalili lub zgasili światło w swoich mieszkaniach – oświetlone okna utworzyły wielki napis „2000”. Półgodzinna mobilizacja wymagała zaangażowania około 200 rodzin, ale akcja zakończyła się sukcesem, a przekształcenie bloku w ekran uczczono festynem i pokazem sztucznych ogni. Althamer zaprezentował w spektakularny sposób, że mieszkańcy potrafią się wspólnie zmobilizować i zdyscyplinować, co skłoniło artystę do kolejnych akcji na Bródnie. Działania mające na celu rewitalizację lub integrację mieszkańców nie są tylko domeną Althamera. Warszawska inicjatywa Re: Bloki czy łódzka Odnowa Teofilowa to przykłady akcji mających na celu przemyślenie i zreorganizowanie wspólnych przestrzeni na osiedlach budowanych w technologii „wielkiej płyty”. Proces ten nie jest łatwy, ponieważ wymaga zaangażowania mieszkańców, wielu kompromisów, nowych pomysłów, a także znalezienia odpowiednich mechanizmów finansowania. Warto jednak podjąć ten wysiłek – potraktowanie bloków jako projektu nie tyle nieudanego, co niedokończonego może przynieść miastom i ich mieszkańcom wiele korzyści.

Tekst: Błażej Filanowski
Zdjęcie miniatury: Jimmy Bay, https://unsplash.com/@jimmymystic


REKLAMA

POLECAMY