Kultura

PRACA | Zawody (nie)zapomniane. Próby reanimacji

2017-05-04

Czas czytania: 10 minut

Liczba zakładów rzemieślniczych maleje w oczach. Dla uchwycenia problemu nieubłagalne dane Krakowskiej Izby Rzemieślniczej: z 25 tys. w 1940 r., poprzez 19 tys. w 1983, po 5521 w 2000 i 3400 w 2011 r. Wydaje się, że nie ma w tym nic niepokojącego – przecież zakres usług oferowanych przez rzemieślników zmienił się, został zastąpiony innymi, tańszymi i wydajniejszymi rozwiązaniami, wydaje się, że to naturalna kolej rzeczy; nie byłoby w tym również nic niepokojącego, gdyby jakość zastąpiła ilość. To nie do końca jednak tak.



Część zawodów rzemieślniczych pomimo niezwykłego kunsztu i przydatności społecznej stała się mało atrakcyjna, zarówno dla twórcy, jak i odbiorców. Te specyficzne wytwory i usługi zastępują ich masowe odpowiedniki – często łatwiej dostępne i tańsze. Przeciętny konsument, mając całą paletę rozwiązań, przestał doceniać i szukać często trudno dostępnych i mało popularnych usług rzemieślniczych. To pociągnęło za sobą kolejne procesy: zakłady zaczęły być zamykane, rzemiosło przestało być przekazywane, brak było chętnych do nauki mało dochodowej pracy.

Część z dawniej popularnych usług została całkiem zapomniana, a nieliczne z nich wciąż kontynuowane są przez rzemieślników, dla których ta właśnie praca stanowiła sens życia. Przyjęło się, by określać to zjawisko mianem „ginących”, „umierających”, „odchodzących” zawodów. I rzeczywiście mogą one kiedyś zginąć, brakuje bowiem chętnych na kontynuowanie niszowych prac. Nadzieja nie tylko w dostrzeżeniu ich przydatności na rynku, ale i oryginalności samej pracy. Niestety, rzemiosło tradycyjne stało się atrakcyjnym elementem wizerunku dla osób odpowiedzialnych za promocję w jednostkach samorządu terytorialnego. „Niestety”, ponieważ chęci promowania miasta poprzez rzemiosło (co samo w sobie nie jest jeszcze złe) nie towarzyszy zazwyczaj rzetelne rozpoznanie sytuacji tych zawodów i ewentualne wsparcie – często wydaje się, że możliwość nazywania ich „ginącymi”, „odchodzącymi”, „umierającymi” jest ich największym atutem. Trwanie w takim przekonaniu blokuje działania mogące wspomóc rozwój wspomnianych dziedzin działalności, by nie dopuścić do ich rzeczywistego „wymarcia”. Na szczęście jawi się nadzieja w postaci pasjonatów-hobbystów, którzy często na własną rękę przyuczają się do zawodu.



Wśród zawodów zanikających można wyróżnić m.in. takie, które na drodze postępu stały się współcześnie niemal zbędne. Pracę ludwisarza (wytwarzającego dziś głównie świeczniki, klamki czy popielniczki) czy drykiera (który współcześnie zajmuje się przede wszystkim produkcją paradnych hełmów strażackich) można dziś określić bardziej jako rzemiosło artystyczne, ponieważ wytwarzane przedmioty są raczej ozdobne. Z kolei rymarstwo, które co prawda nie zaniknęło całkowicie, jest dziś nieporównanie mniej potrzebne niż miało to miejsce przed rewolucją przemysłową, której skutkiem było zastąpienie koni maszynami. Podobny los czeka prawdopodobnie parasolnictwo, które przed laty było nieodłącznym elementem krajobrazu miejskiego. Zakłady, gdzie tworzy i naprawia się parasole, policzyć możemy na palcach jednej ręki. Rynek przepełniony łatwo dostępnymi towarami nie skłania do szacunku dla rzeczy i używania przez lata jednej, wymagającej co jakiś czas naprawy, a nie wymiany. Ten los podzieliły parasole. Zakład naprawy parasoli przy ulicy Smolki w Krakowie, prowadzony przez Krystynę Wójcik, utrzymuje się ze zleceń z teatrów, zleceń okolicznościowych czy od osób przywiązanych do swoich starych parasoli. Głównie jednak istnieje dzięki pasji, jaka pani Krystyna wkłada w pracę.

Z drugiej strony istnieją rzemiosła, na które nadal jest zapotrzebowanie, jednak są mało popularne i trudno dostępne. Za przykład niech posłuży zakład naprawy piór wiecznych prowadzony przez Mariana Gregę (Kraków, ul. Szpitalna). Warsztat swoją działalność rozpoczął zaraz po II wojnie światowej, zamknięto go w 2013 r. i to nie z powodu podniesienia czynszu czy problemów lokalowych (co jest jedną z częstszych przyczyn upadku takich miejsc), ale wieku właściciela, który pracował w swoim zawodzie prawie 70 lat! Drugi równie doświadczony rzemieślnik miał swój zakład w Warszawie przy ul. Chmielnej i dziś na szczęście jego dzieło jest kontynuowane.

Osób profesjonalnie zajmujących się naprawą piór wiecznych w Polsce jest niewiele. Oczywiście istnieje jeszcze kilka miejsc, gdzie możemy spróbować naprawić pióro, prowadzonych najczęściej przez pasjonatów. Z ich usług korzystają najczęściej podobni im zapaleńcy, którzy przywiązują się do swoich piór i wolą je naprawić, niż kupić nowe (choć koszt nieraz jest podobny). Charakteryzuje ich jeszcze jedna cecha – determinacja. W poszukiwaniu pożądanej usługi gotowi są przewertować niezliczoną liczbę stron internetowych, wykonać wiele telefonów, a nieraz przebyć bardzo duże odległości. To nieliczna grupa. Większość, która szukając przykładowo zakładu Mariana Gregi, zastanie zamknięte drzwi, nie będzie szukała dalej i kupi nowe pióro lub całkiem porzuci ten „staroświecki” przedmiot. Dlatego tak istotne jest, by dostęp do specyficznych usług był w miarę łatwy. Jednak by tak się stało, potrzebni są kontynuatorzy, uczniowie dawnych mistrzów. A o tych coraz trudniej. Zniechęca ich czas, jaki należy poświęcić na naukę, ale też brak ośrodków czy kursów przygotowujących do wykonywania tego zawodu.
 


Problem braku odpowiedniego systemu szkolenia dotyka wielu zawodów. Wśród nich wyróżnia się zawód zduna, na którego usługi jest nadzwyczajny wręcz popyt. Zdun oprócz naprawy pieców kaflowych, zajmuje się również budową pieców oraz kominków od podstaw. Coraz więcej osób decyduje się na zastosowanie tego typu ogrzewania w domu, jednak zdunów wcale nie przybywa. Szkoły zawodowe zaniechały kształcenia w tym zawodzie, więc jedynym sposobem zdobycia fachu jest praca pod okiem profesjonalisty. Na to jednak mało kto ma czas i pieniądze.

Współczesna technicyzacja oraz komercjalizacja usług  produktów jest procesem, który spotyka się z aplauzem osób ceniących przede wszystkim łatwość dostępu, szybkość, a zarazem niski koszt. Kompleksowość stała się priorytetowym kryterium dla pokolenia, które czas uznało za wartością najistotniejszą. W jaki sposób zatem małe punkty usługowo-handlowe, o których tu mowa mogą konkurować z komercyjnymi potentatami oferującymi te same produkty i usługi, ale szybciej i taniej?

Na szczęście tendencja powoli się odwraca. Obserwując zachowania konsumentów oraz procent osób pracujących przy użyciu własnych rąk można uznać, że nadszedł czas „przebudzenia”. Stopniowy zwrot ku rękodziełu jest nieraz świadectwem głębokiego zrozumienia procesów produkcji i konsumpcji dóbr komercyjnych. Fakt ten zasługuje na uznanie zwłaszcza w obliczu licznych niedogodności, które się z tym wiążą. Jest to zatem praktyka czasochłonna, absorbująca, często uciążliwa, ale jak się okazuje – daje wiele satysfakcji.

Tekst: Jadwiga Zając, Maciej Schütterlý
Zdjęcia: Monika Chrabąszcz (dzięki uprzejmości Dobre Cechy)
Link: www.dobrecechy.pl


DOBRE CECHY to inicjatywa zrodzona w wyniku wielu godzin rozmów z ludźmi, którzy całe swoje życie poświęcili na pracę będącą równocześnie ich pasją. W trudnych czasach postępującej komercjalizacji strefy produkcji, handlu i usług ich działalność to jednostkowe przykłady, gdzie ręczna praca jest wciąż najbardziej ceniona. Procesy gentryfikacyjne sprawiają, że rok po roku walczą oni o swoje istnienie, nie ustępując miejsca kolejnym bankom, kantorom i hotelom. Zagrożeń jest wiele, ale wydaje się, że równie ważnym, a niedocenianym jest problem o zgoła odmiennej naturze – brakuje młodych osób, które zechciałyby poświęcić swój czas na naukę zawodu. Rzemieślnicy i handlowcy mają dosłownie „ręce pełne roboty”. Z roku na rok maleje jednak liczba uczniów, a wiedza mistrzów jest bezcenna i unikalna.


REKLAMA

POLECAMY