Adrianna Kubik

Maja Ruszkowska-Mazerant, kuratorka treści numeru Wartości:

Jestem z rocznika 1978. Mam jednak poczucie, że stoję na styku dwóch światów – pomiędzy wpływami pokolenia X i Y. Jako twórczyni i artystka wychowywałam się w systemie, który stawiał wysoko poprzeczkę, jednocześnie dość mocno „ustawiając w szeregu”. Jako buntowniczka miałam poczucie, że biorę udział w czymś ważnym, że moja twórczość ma sens. Czułam, że wybierając zawód artystyczny robię coś ważnego, znaczącego. Coś, co niesie wyższą wartość. Coś co jest inwestycją w przyszłość.

Dziś, mając 48 lat, czasami zastanawiam się, jak wyglądałoby moje życie, gdybym wybrała inną drogę. Gdybym zatrudniła się w korporacji albo zdecydowała na etat w urzędzie. Czy zwrot z tej inwestycji okazałby się większy? W jakim miejscu byłabym dziś?

Artykuł Adrianny Kubik proponuje inne spojrzenie i pokazuje odmienne wybory. Pomaga zrozumieć ścieżkę osób, które dorastały z silnym przekonaniem, że przyszłość powinna przynieść konkretny i mierzalny zwrot z podejmowanych decyzji. Okiem millenialki można przyjrzeć się wyborom pokolenia nastawionego na efektywność i sprawdzić, czy rzeczywiście znalazło się ono dziś w lepszym położeniu niż wcześniejsze generacje.

Choć każde pokolenie kształtowane jest przez swoje czasy, doświadczenia i warunki społeczne, ostatecznie każdy z nas pozostaje odrębną historią. Ja osobiście odnajduję w tym tekście wiele wątków z własnego życia – tak, jakbym sama była częścią opisywanego pokolenia Y (1983-1994). Widzę oczywiście, jak wiele mam wspólnego z moją generacją X (1965-1982), ale także jak bliskie są mi niektóre doświadczenia i wartości pokolenia Z (1995–2012).

A może niezależnie od wieku i metryki wszyscy zadajemy sobie dziś to samo pytanie: „Co dalej?”.

Polecam ten ciekawy, napisany z lekkością i humorem tekst jako okazję do przyjrzenia się samemu sobie. Być może odnajdziesz w nim własne doświadczenia, spojrzysz z większą życzliwością na swoje wybory albo lepiej zrozumiesz swoje pokolenie oraz tych, którzy dorastali przed Tobą i po Tobie.

Co zawiera artykuł:

1. Edukacja: „ucz się, bo inaczej będziesz rowy kopać”

2. Liczy się prestiż

3. Ambicja i indywidualizm: „każdy jest kowalem swojego losu”

4. Etos ciężkiej pracy: „Stary, spałem 10 godzin. W tym tygodniu”

5. Wiara w cyfrowy postęp: „technologia nas uwolni”

6. Rodzina jako fundament: „Kiedy sobie w końcu ułożysz życie?”

7. Rodzicielstwo: „dzieci są w życiu najważniejsze”

8. Polski Millenials w 2026 roku

9. Gdzie popełniliśmy błąd w Excelu?

10. Czego zazdrościmy Zetkom?

11. Gen Z: życie w wersji beta

12. Sukces bez satysfakcji to porażka

13. Rebranding, czyli dorosłość na własnych zasadach

 

Millenialsi w Polsce to osoby urodzone w latach 1983–1994*, czyli dzisiejsi 30- i 40-latkowie. To my dziś przeżywamy coś, co kiedyś nazywane było kryzysem wieku średniego. Jednak w 2026 roku to pojęcie nabiera innego znaczenia. Klasyczny kryzys wieku średniego dotyczył momentu, kiedy człowiek osiągnął stabilizację, ale zadawał sobie pytanie: „Co dalej? Czy to już wszystko?”. Jego symbolem był zakup czerwonego kabrio, romans w pracy z młodszą osobą albo szalona podróż w nieznane. Kryzys popychał do buntu, szaleństwa lub odrzucenia niewygodnych konwenansów. Dzisiejszy kryzys wieku średniego manifestuje się skrajną pasywnością i potrzebą izolacji, a pytanie, które sobie stawiamy, brzmi: gdzie popełniliśmy błąd?

Millenialsi to pokolenie wychowane w religii, której główną osią jest hasło „pracuj ciężko, zbieraj dyplomy, a zbawienie (i kredyt hipoteczny) będą ci dane”. Jesteśmy pierwszą generacją, która potraktowała korporacyjne rekrutacje jak casting do nowego, lepszego życia. Nasze marzenia były wyraźne i konkretne, a świat stał przed nami otworem. Mieliśmy proste wartości: rodzina, ciężka praca, stabilizacja i dobrobyt – wszystko wydawało się jasne jak słońce. Wystarczy nacisnąć Ctrl+C/Ctrl+V jak w Excelu, na którym testowali nas HR-owcy, zanim otrzymaliśmy wymarzoną pracę. Mieliśmy Excela z planem na życie. Zapomnieliśmy tylko, że nikt z nas nie był autorem formuł, które do niego wstawiliśmy.

 

Edukacja: „ucz się, bo inaczej będziesz rowy kopać”

Jest 2007 rok. Mury szkół średnich opuszczają roczniki '88 i '89, które zdanie o kopaniu rowów usłyszały przynajmniej 10 razy w czasach podstawówki. O jedno miejsce na studia dzienne na uczelni publicznej walczy średnio 10–15 osób. Bijemy rekord pod kątem liczby studentów w całej Polsce – niemal 2 miliony osób posiada indeks uczelni publicznej lub prywatnej. Połowa z nich płaci za swoje studia (studiując wieczorowo/zaocznie lub na uczelni prywatnej).

Naukę na pierwszym roku rozpoczyna ponad pół miliona studentów. Niemal co czwarty pierwszoroczniak wybiera kierunki ekonomiczne i administracyjne. Zaledwie 3,5% studentów kształci się na kierunku informatycznym.

Dla Millenialsów wyższe wykształcenie miało być biletem do lepszego świata – czymś, czego nie da się nam odebrać, co jest wartością samą w sobie, ale… pod kilkoma warunkami. Osoba studiująca zaocznie lub na uczelni prywatnej uznawana była za tak zwany gorszy sort – jednostkę niewystarczająco zdolną i mało pracowitą.

Każdy „wiedział”, co chce studiować – najlepiej, aby to był kierunek, który daje zawód: prawo i medycyna lub coś, co jest modne i przygotowuje do kariery w międzynarodowej korporacji: zarządzanie, marketing, stosunki międzynarodowe.

Kierunki artystyczne? Artysta nie ma przecież czego do garnka włożyć. Niebieskie ptaki z ASP, grajkowie bez grosza przy duszy, wieczni studenci – nieodpowiedzialni i niedojrzali. 
Teatrologia czy kulturoznawstwo brzmiały jak dobrowolne skazanie się na dożywotnie bezrobocie albo – w najlepszym wypadku – na smażenie frytek w McDonaldzie. Rodzice łapali się za głowy, słysząc o pasjach: „Sztuką rachunków nie zapłacisz”. Liczył się czysty pragmatyzm i szybki zysk, a na marzenia o byciu artystą patrzono z góry, jak na kaprys dziecka, które jeszcze nie wie, jak brutalne potrafi być dorosłe życie.

Ktoś, kto nie wiedział, co chce studiować, uznawany był za odmieńca. Wyśmiewano się z osób studiujących filozofię, socjologię czy pedagogikę. Nikt nie pytał, co cię naprawdę interesuje, ale jaki zawód będziesz wykonywać po studiach. Bo co można robić po filozofii – na pewno wielkie nic.

 

Liczy się prestiż

Chyba że... w sumie można wymyślać hasła reklamowe. W 2007 roku prawdziwe eldorado czekało zupełnie gdzie indziej – w wielkich, sieciowych agencjach reklamowych. To był czas, kiedy branża kreatywna przeżywała swój złoty wiek, a Warszawa była polskim Nowym Jorkiem dla „Mad Manów”: „creative directorów”, „copywriterów” i „art directorów”. Ci sami artyści w czapkach i adidasach nagle stawali się bogami wielkich korporacji, gdy tylko zgodzili się zamienić płótno na makietę nowego layoutu dla sieci komórkowej albo producenta piwa.

Abstrakcyjne myślenie i lekkie pióro są coś warte, o ile sprzedają jogurty. W agencjach reklamowych lał się szampan, budżety kampanii telewizyjnych liczyło się w milionach, a młodzi kreatywni, zahipnotyzowani nowojorskim snem, zostawiali zdrowie w warszawskim Mordorze. Kreatywność skierowana na „dobre” tory, opakowana w chwytliwy slogan była przepustką do wielkiego świata, awansu społecznego i pensji, o jakiej filozofom się nawet nie śniło.

Nie chodziło jednak o hajs, ale o… prestiż. To on definiował pozycję towarzyską. Sukces musiał być widoczny gołym okiem, krzykliwy i podparty odpowiednim wizerunkiem na zewnątrz. Potrzebowaliśmy zewnętrznych atrybutów statusu, żeby udowodnić całemu światu, a zwłaszcza rodzicom i znajomym z rodzinnych stron, że to właśnie my wygraliśmy ten wyścig. Tylko nikt nam nie powiedział, że żadnego wyścigu nie ma.

 

Ambicja i indywidualizm: „każdy jest kowalem swojego losu”

W 2007 roku średnia pensja na rękę wynosi około 2 tysiące złotych, a stopa bezrobocia – niemal 13% (spadek z 20% w 2003 roku). Trwa boom na kredyty we frankach. Polska przystępuje do Schengen. To czasy emigracji za granicę, szukania szans na realizację siebie poza krajem. Wyjazdy Work & Travel do USA (po otrzymaniu wizy) i programy Au pair na „zachodzie” to szansa na napchanie kieszeni obcą walutą. Wszystko po to, aby móc wygodniej żyć, gdy za oknem pojawi się polska szarówka, i opowiadać, że trawa jest zieleńsza u sąsiada.

Jesteśmy wychowani w przeświadczeniu, że jeśli skończymy dobre studia, nauczymy się angielskiego i będziemy ciężko pracować, sukces będzie nam pisany. Choć droga na szczyt jest samotna, a dodatkowo musimy pokonać liczną konkurencję, żyjemy w czasach nieskończonych możliwości, których nasi rodzice nie mieli. Widzimy świat, który stoi otworem, i zaczynamy wierzyć, że wszystko jest możliwe. Wystarczy po prostu wziąć sprawy w swoje ręce, być najlepszym – w klasie, na roku, podczas rekrutacji. W końcu jesteśmy indywidualistami.

Polska po transformacji ustrojowej głęboko zakopała wartości związane ze wspólnotowością. To my, Millenialsi, wychowani z głosem szepczącym nam non stop do ucha: „nie ma nic za darmo”, zapoczątkowaliśmy samotny wyścig szczurów, którym miało być dążenie do własnego mieszkania, samochodu i wakacje dwa razy do roku.

Rok 2007 to czas narodzin kultu „kreacji” w stolicy. W branży reklamowej ten samotny wyścig ma najbardziej drapieżne oblicze. W końcu walczy się na to, co najbardziej osobiste – na własne pomysły. Burze mózgów szybko przestawały być pracą zespołową, a stawały się areną bezwzględnych igrzysk ego. Każdy rzucał na stół swój najlepszy koncept, jednocześnie modląc się w duchu, by pomysł kolegi z biurka obok okazał się gorszy. Choć robota w agencji oznaczała bycie wybrańcem, to łatwo można było z niej wylecieć. Ci najbardziej sprytni i efektywni walczyli o stołki dyrektorów kreatywnych. W tamtych czasach uznawani za pół-bogów, genialnych ekscentryków, którym wybaczało się rzucanie mięsem i niepanowanie nad emocjami, dopóki ich koncepty kupowali klienci lub dopóki ich pomysły zdobywały nagrody (celowo stosuję słowo „lub”).

Byliśmy dumni ze swojej niezależności, nie zauważając, że wszyscy daliśmy się zamknąć w tej samej klatce, gdzie miarą sukcesu była ocena w oczach innych.

 

Etos ciężkiej pracy: „Stary, spałem 10 godzin. W tym tygodniu”

W 2007 roku nikt nie zna pojęcia „płatne nadgodziny”. Umowa o pracę jest marzeniem. Absolwenci pracują na śmieciówkach kilka ładnych lat po uzyskaniu tytułu magistra. Staże są darmowe albo płatne 500–800 zł, ale bijemy się o nie, bo to nasza przepustka do pracy na etacie i kolejny wpis w CV. Programy stażowe w firmach trwają czasem 6, czasem 12 miesięcy. Stażystów w firmie jest zazwyczaj cała masa. Posadę dostają tylko ci najlepsi.

Praca po 12–16 godzin jest normą i powodem do dumy. Firmy wciąż są pełne stacjonarnych pecetów. Nadgodziny robi się w biurze, nie z poziomu kanapy we własnym mieszkaniu. Laptop służbowy jest luksusem. Szef jest bogiem. To on decyduje o naszym „być czy nie być”. Siedzimy cicho, robimy swoje, pracujemy więcej. Widzimy, jak bardzo osoby ze stanowiskiem manager czy director są zajęte, więc i my generujemy swoją zajętość. Chwalimy się nią, opowiadamy o niej, czując się ważni. Narzekamy na nieprzespane noce, ale tak naprawdę po to, aby podkreślić, jak ciężko pracujemy. Licytujemy się, kto śpi mniej, kto ma więcej projektów. Hustle culture rozkwita: aby osiągnąć sukces, musisz pracować, kiedy inni śpią. Odpoczynek to lenistwo.

Wychodziłeś z biura o 17.00? Widocznie ci nie zależało. Zostawałeś do trzeciej nad ranem, żeby dopracować makiety na przetarg? Byłeś bohaterem, prawdziwym „kreatywnym”, prawdziwym pasjonatem. Robota dawała adrenalinę. W tamtych realiach pojęcie work-life balance praktycznie nie istniało. W agencjach reklamowych symbolem statusu stały się podkrążone oczy i permanentne niewyspanie.

 

Wiara w cyfrowy postęp: „technologia nas uwolni”

W 2007 roku Apple prezentuje pierwszego iPhone'a. Era smartfonów właśnie się zaczyna, ale kraj nad Wisłą jeszcze chwilę na to poczeka. Startuje YouTube w wersji polskiej. Niemal 7 milionów Polaków korzysta z Gadu-Gadu. Wszyscy zakładają konta na Naszej Klasie. Goldenline (polska wersja LinkedIn) przeżywa rozkwit.

W 2007 roku polska wersja Wikipedii posiada 400 000 artykułów, co daje jej 4. miejsce na świecie pod kątem wielkości. Wiedza jest darmowa – wystarczy po nią sięgnąć. Na studiach wciąż stoimy w kolejkach do ksero, ale do egzaminów uczymy się z Wikipedii. Chomikuj.pl notuje rekordowe wzrosty. Wierzymy, że internet to demokratyzacja, wyrównanie poziomu dostępu do wiedzy, wyrównanie szans. Kolejne drzwi się przed nami otwierają.

Fotka.pl przeżywa swoje najlepsze lata. Z zamiłowaniem oceniamy cudze zdjęcia i pracujemy na swój wynik na portalu, goniąc za zdjęciami, które pokazują nas z jak najlepszej strony. Uczymy się budować cyfrową rzeczywistość, idealny wizerunek na potrzeby kolegów z podstawówki na Naszej Klasie. Facebook nieśmiało wchodzi do Polski, ale za kilka lat detronizuje Naszą Klasę. To tam tworzymy jako pierwsi nasze idealne życie złożone ze zdjęć i opisów. To tam wpadamy w pułapkę, której skutki poczujemy dekadę później.

Bogowie tradycyjnej kreacji, przepalający miliony na spoty telewizyjne nie do końca zauważyli, że to wtedy zaczęło dziać się coś ważnego. Polski internet był wtedy jeszcze technologicznie słaby, ograniczał się głównie do topornych bannerów flashowych na portalach czy stron www, ale to wtedy na naszych oczach rodził się rozproszony, kapryśny internauta. Rok mobile, ogłoszony około 2010 roku (i ogłaszany przez kolejne kilka lat z rzędu, co stało się branżowym memem), zmaterializował się dopiero 5 lat później (w 2015 roku ruch z kanału mobile przekroczył ruch desktopowy). Nadeszła nowa era. Kreatywność zaczęła żenić się z technologią.

 

Rodzina jako fundament: „Kiedy sobie w końcu ułożysz życie?”

W 2007 roku urzędy stanu cywilnego i kościoły pękają w szwach – niemal ćwierć miliona par podejmuje decyzję o małżeństwie. Polska rodzina ma się dobrze, ale nie rozumiemy, że to tylko wynik związany z wyżem demograficznym. Średni wiek kawalera stającego na ślubnym kobiercu wynosi już ok. 27–28 lat, a panny młodej – ok. 25–26 lat. Jeszcze w latach 90. było to odpowiednio 24 i 22 lata. Według pokolenia naszych rodziców zaczęliśmy odkładać stabilizację. Ktoś wmówił nam, że najpierw trzeba „dowieźć” dyplom, zdobyć pierwszą umowę w korporacji i odłożyć na wkład własny. Ale wciąż kluczem do szczęścia jest ułożenie sobie życia. Na szczęście Tinder nie istnieje, choć niektórzy z nas poznają się przez internet. Jest to jednak powód do wstydu; coś, na co spuszcza się zasłonę milczenia.

Na każde cztery zawarte w 2007 roku małżeństwa jedno już się rozpada. To właśnie wtedy w dużych miastach, zaczyna kiełkować statystyka, która w 2026 roku osiągnie rekordowy poziom 50%. Słowo na „R” jest jednak zakazane, utożsamiane z porażką. Szkarłatna litera mówi, że „znowu w życiu ci nie wyszło”.

Większość Millenialsów wychowała się w patriarchalnych domach, gdzie podział ról na damskie i męskie był mocno zarysowany. Patrzymy na małżeństwa naszych rodziców i zaczynamy uświadamiać sobie, że tradycyjny model trwania za wszelką cenę nie ma sensu. Chcemy inaczej. Chcemy partnerstwa, otwartości i zrozumienia. Nikt nas jednak nie nauczył, jak to zrobić w praktyce. Nikt nie nauczył nas, jak rozmawiać, jak rozwiązywać konflikty. Czujemy się oszukani. Małżeństwo miało być podporą, a dla nas bardzo często staje się balastem.

 

Rodzicielstwo: „dzieci są w życiu najważniejsze”

W 2007 roku średni wiek Polki rodzącej pierwsze dziecko wynosił 25–26 lat. Jednak nasze pokolenie zaczęło masowo przesuwać założenie rodziny na później. Najpierw studia, kariera i praca. Potem ślub i dziecko. Wystarczy to wszystko wykonać po kolei. Czy chcemy mieć dzieci? 20 lat temu nikt nie zadawał sobie takiego pytania. Odpowiedź wydawała się oczywista. Naszym przyszłym dzieciom chcemy dać wszystko: zajęcia pozalekcyjne, wakacje za granicą, dobre wykształcenie.

Jednak szybko okazuje się, że pokolenie zimnego chowu powinno wychować swoje dzieci w emocjonalnej bliskości i otwartości. Tam, gdzie nam mówiono: „przestań się mazać”, my chcemy zrozumieć emocje swoich dzieci. Chcemy być rodzicami obecnymi, empatycznymi, ale sami nie radzimy sobie ze sobą. Pytamy nasze dzieci, co czują, ale sami nie wiemy, co czujemy my.

Jeśli w ogóle decydujemy się na dziecko, to zazwyczaj poprzestajemy na jednym. Drugie dziecko w arkuszu Excela współczesnego czterdziestolatka to finansowe i emocjonalne bankructwo – choć niekiedy kusi nas, by w ten sposób naprawiać podziurawione relacje.

Placówki oświatowe w Polsce pustoszeją. Najbardziej wykształcone pokolenie uznało, że na sprowadzenie dzieci na świat po prostu go nie stać.

 

Polski Millenials w 2026 roku

Jest 2026 rok. Dyplomy leżą w szufladzie, ale tabletki na depresję mamy pod ręką. Rynek pracy zamiast samorealizacji oferuje nam kryzys egzystencjalny w pakiecie z owocowymi czwartkami. Wartości? Zapomnieliśmy, co znaczą, a rozmowę o nich przesuwamy na święte nigdy, bo zbyt trudno nam przyznać się, że żyliśmy według cudzych założeń.

W 2026 roku jesteśmy pokoleniem najbardziej samotnych dorosłych w historii tego kraju. Przesunęliśmy śluby na po trzydziestce, czekając na ten moment, w którym będzie nas na nie stać. Huczne wesela zastąpiliśmy kalkulacją kosztów i kameralnymi obiadami, bo 80 tysięcy złotych wolimy zaoszczędzić na wkład własny.

A kiedy już udało nam się zbudować ten idealny dom na 50 metrach, okazało się, że nie potrafimy w nim mieszkać we dwoje. Wychowani w rywalizacji i indywidualizmie, rozbijamy się o pierwszy kryzys w relacji. Statystyki rozwodów w miastach pękają w szwach, opieka naprzemienna nad dzieckiem staje się standardem.

W 2007 roku zachwycaliśmy się mobilnością – internetem w telefonie, ale technologia nie dała nam obiecanej wolności. Zamiast tego wymusiła na nas tryb always on. Smartfon stał się elektroniczną smyczą, przez którą odpisywaliśmy na maile o 24.00 z łóżka. Dziś walczymy o „prawo do odłączenia się” (right to disconnect), próbując rozpaczliwie odzyskać granice, które sami niespostrzeżenie zatarliśmy. Luksusem jest weekend bez telefonu i dzień bez calla.

Osoby w wieku 30–44 lat stanowią dziś najliczniejszą grupę pacjentów w gabinetach psychoterapeutycznych i psychiatrycznych w Polsce. Głównym problemem są zaburzenia lękowe, bezsenność i depresja. Zaczynamy mówić o tym otwarcie, choć w głębi duszy wciąż słyszymy głos, który mówi, że to znak naszej słabości. Zdarza się, że bagatelizujemy problemy psychiczne, uznając je za wymysł naszych czasów. Łapiemy się na tym, że czasem myślimy jak pokolenie X (urodzone w latach 1965–1980), ale tylko do czasu, gdy sami się z nimi nie zderzymy.

Bywa, że osiągamy upragniony cel, ale dyrektorskie czy menedżerskie stołki nagle przestają mieć znaczenie. Według raportu Deloitte aż 45% Millenialsów świadomie rezygnuje z awansu na wyższe stanowiska kierownicze (zjawisko to nazywamy „conscious unbossing”). Powód? Strach przed kolejnym wypaleniem zawodowym i utratą świętego spokoju, czyli work-life balance. Czy to starość? Czy to słabość? A może po prostu dojrzałość?

 

Gdzie popełniliśmy błąd w Excelu?

Przyjęliśmy wartości, które okazały się wydmuszką. Praca – wraz z sukcesem zawodowym – miała definiować naszą tożsamość, a stała się udręką. Bez niej zaś trudno nam zrozumieć, kim jesteśmy.

Epidemia samotności, uzależnienie od technologii i problemy psychiczne to nasz chleb powszedni. A skoro o chlebie mowa – ten z chrupiącą skórką kosztuje już 15 złotych, więc zastanawiamy się, czy „powszedni” to wciąż dobre słowo. Próbujemy uciec przed tym chaosem i stresem tam, gdzie miało być najbezpieczniej – do domu.

Dom i rodzina miały być oazą spokoju. Tymczasem okazuje się, że budowanie relacji na partnerskich warunkach to wyższa szkoła jazdy. Mityczne zasady partnerstwa często znaczą dla nas tyle, co chińskie napisy na metkach ubrań z sieciówki: niby wiemy, że tam są, ale kompletnie ich nie rozumiemy.

Chcemy dzielić obowiązki po równo i rozmawiać o emocjach, ale podświadomie wciąż działamy na starych, domowych schematach naszych rodziców. W efekcie, zamiast uciekać od stresu w pracy do bezpiecznego domu – tam czeka na nas drugi etat i orka na ugorze.

Giniemy w świecie, który miał dać nam wszystko, a zafundował pustkę. Zrobiliśmy wszystko zgodnie z instrukcją: skończyliśmy studia dzienne, znamy języki, przepracowaliśmy 15 lat w korpo, wzięliśmy kredyt… i nie czujemy się ani bezpieczni, ani szczęśliwi, ani bogaci.

Ostentacyjne „w d*** się Wam poprzewracało” i grymas zniesmaczenia od starszych kolegów – nam nie pomaga. Nasz kryzys nie polega na tym, że chcemy zmienić nasze życie, bo się nam znudziło. To głęboka złość i żal, że nasze ogromne poświęcenie dało tak przeciętny wynik.

 

Czego zazdrościmy Zetkom?

W okolicach 2019 roku na rynek pracy zaczęło wchodzić pokolenie Z, czyli osoby urodzone w latach 1995–2012, w wolnorynkowej i w pełni cyfrowej rzeczywistości.

Krytykowaliśmy je wszem i wobec za zupełnie odmienne od naszego podejście do życia. To pokolenie płatków śniegu: nieodporne, leniwe, nieodpowiedzialne. A my – zmęczeni, zdiagnozowani przez psychiatrów trzydziestolatkowie – przyjęliśmy ich z wyższością, ale i zawiścią.

Śmialiśmy się z roszczeniowych Zetek i zamykania laptopa o 17.00. Śmialiśmy się, gdy walczyli o prawo do mleka owsianego w biurze. Otwieraliśmy oczy, gdy mówili, że chcą zarabiać 5 tysięcy na rękę. Krytykowaliśmy ich, że nie przyjmują feedbacku; że zmieniają pracę co pół roku; że odchodzą z etatu, nie mając opcji B.

Mierzyliśmy ich swoją miarą. To my pracowaliśmy z anginą, zarywaliśmy noce, kupowaliśmy kawę w automacie za własne pieniądze (bo własne ekspresy w biurze mieli tylko dyrektorzy). To my słyszeliśmy od szefa, że nasza prezentacja to „gówno”. To my marzyliśmy o wizytówce z napisem „kierownik” i budowaliśmy naszą tożsamość na bazie osiągnięć zawodowych.

Tymczasem do naszych biur i struktur, w których uczyliśmy się lawirować przez lata, przyszli ludzie, dla których nasze marzenia są po prostu śmieszne. Musieliśmy dotrzeć do ściany własnego wyczerpania, by wreszcie zrozumieć, jak bardzo się myliliśmy. To, co u Zetek nazywaliśmy roszczeniowością, było po prostu instynktem samozachowawczym.

Praca w kreacji? Pokolenie to coraz mocniej kwestionuje etyczną stronę branży marketingowej, nie widząc sensu w napędzaniu ślepego konsumpcjonizmu i wciskaniu ludziom rzeczy, których nie potrzebują.

Zetki przyszły do klimatyzowanych biur i głośno nazwały to, co nas bolało od dwóch dekad, ale o czym baliśmy się nawet pisnąć. Odrzuciły tabu wokół zarobków, wyśmiały owocowe czwartki i znormalizowały dbanie o zdrowie psychiczne.

Pokazały nam, że Excel, w którym przez lata skrupulatnie wyliczaliśmy nasze poświęcenie, był arkuszem niewolnika. Zadały nam pytania, których nigdy nikt nam nie zadawał: co jest Twoją pasją, co lubisz robić, w czym się spełniasz. Dzięki nim rozumiemy, że lojalność wobec firmy, która wymieni cię na nowy model w pięć minut po twoim zawale, to najgorsza możliwa inwestycja.

 

Gen Z: życie w wersji beta

Choć Zetki świetnie poruszają się w sieci i potrafią postawić granice korporacyjnej pogoni, płacą za to własną cenę. Żyją w ciągłym rozkroku między asertywnością a lękiem o jutro – o portfel i spokój w głowie. Całości dopełnia przebodźcowanie oraz paraliż decyzyjny, wynikający z nadmiaru informacji i coraz większego tempa życia.

Młodzi doskonale wiedzą, jak zmienna jest nasza rzeczywistość. Obserwując rewolucję, jaką przynosi choćby sztuczna inteligencja, rozumieją, że kurczowe trzymanie się jednej ścieżki kariery i wspinanie się po korporacyjnej drabinie jest po prostu idiotyczne (odważysz się wyjaśnić to pokoleniu X?).

Dlatego dają sobie pełne prawo do testowania, zmieniania zdania i popełniania błędów. Życie w wersji „beta” nie jest dla nich porażką, ale świadomą strategią przetrwania w czasach, gdzie nikt nie wie, co stanie się jutro.

My – Millenialsi – bez mrugnięcia okiem przyjęliśmy reguły narzucone przez korporacyjny świat. Próbowaliśmy zhakować system, żeby zdobyć upragnione trofea: prestiż, status i wysokie stanowiska. Ale zapłaciliśmy za to potężną cenę – masowe wypalenie zawodowe. Tymczasem Zetki popatrzyły na nas – dojechanych starszych kolegów – i stwierdziły krótko: „ta gra w ogóle nie ma sensu”.

To, co starsze pokolenia często zarzucają Zetkom, nazywając ich leniwymi lub roszczeniowymi, to w rzeczywistości bardzo racjonalny, pragmatyczny mechanizm obronny.

 

Sukces bez satysfakcji to porażka

Sukces na cudzych warunkach daje zerową satysfakcję. Nasze pokolenie zaczyna rozumieć, że coś innego jest ważniejsze niż kwartalne KPI, ale prawda jest taka, że nikt nie wie jeszcze, co to jest. Część z nas szuka proaktywnie, tymczasem inni, choć nadal nieszczęśliwi, wytykają ich palcami („temu to odbiło!”).

Wiemy już, że formuła w Excelu się wysypała, ale nie mamy pojęcia, co wpisać w jej miejsce. Wtedy zaczyna się najzabawniejsza, a zarazem najbardziej rozpaczliwa faza naszego kryzysu: zaczynamy projektować życie od nowa.

Nie potrafimy odpoczywać, dlatego zamiast kupić kabriolet, zapisujemy się na maraton albo zawody Hyrox. Przenosimy kulturę zapier***u z open space'u na wyniki sportowe – teraz naszym nowym panem i władcą stają się wykresy tętna na zegarku Garmin i życiówki wrzucane na Stravę. Musimy „dowozić” wyniki.

Inni zamiast sportu wybierają duchowość – ruszają na podbój Azji, by w cieniu balijskich świątyń odnaleźć siebie. Kupujemy maty do jogi z ekologicznego kauczuku, aplikacje do medytacji z subskrypcją premium i kursy mindfulness. Szukamy wszędzie: w psychoterapii, w przygodach seksualnych na Tinderze, a czasem w decyzji o rzuceniu korporacji i przejściu na swoje. Wracamy do naszych pasji, o które nikt nas nie pytał w 2007 roku. Czasami łapiemy się na tym, że już tych pasji w sobie nie mamy. Szukamy zatem nowych, bo teraz przecież każdy powinien jakąś posiadać. Najlepiej taką, która jest dobra dla planety, kreatywna, manualna i estetyczna.

Jesteśmy jak dzieci we mgle z najnowszym iPhonem w ręku. Chcemy uciec od systemu, ale potrafimy to robić wyłącznie za pomocą narzędzi, które ten system nam sprzedaje.

Patrzymy na tych rówieśników, którym odbiło – tych, którzy rzucili korpo dla robienia ceramiki – i z zazdrością wytykamy ich palcami, gratulując odwagi, ale wciąż czynimy to z przekąsem. Jednak nauczeni, że wszystko trzeba dobrze zaplanować, wpisujemy w kalendarz Google okienko na przyszły wtorek na godzinę 21.30 z tytułem „odkrywanie własnego ja”.

 

Rebranding, czyli dorosłość na własnych zasadach

Choć wydźwięk poprzednich akapitów może wydawać się pesymistyczny, to nie jesteśmy straconym pokoleniem. Jesteśmy pokoleniem, które właśnie przeprowadza najbardziej fascynujący rebranding w historii tego kraju.

Przez dwie dekady biegliśmy w wyścigu, którego zasady spisano w czasach, gdy świat wydawał się prostym arkuszem kalkulacyjnym. Przepłaciliśmy za naszą dorosłość wszystkim: zdrowiem, samotnością i lękiem. Nasze systemowe zderzenie ze ścianą dało nam też coś bezcennego – ostateczny wake up call. Przestaliśmy wreszcie szukać ratunku i szczęścia w strukturach, które od początku były dla nas zbyt ciasne. Na kłamstwa, iluzje i dowożenie cudzych KPI nie mamy już po prostu energii.

Nasze cenne zasoby energetyczne przekierowujemy na budowanie naszego nowego świata – na własnych warunkach. Kierujemy wzrok w stronę sztuki; szukamy środków, które pozwalają nam wyrazić siebie; uczymy się siebie na nowo; budzimy w sobie dawne marzenia – mniej lub bardziej udolnie, ale w swoim tempie. W obliczu zalewu treściami AI jeszcze bardziej doceniamy to, co twórcze, niepowtarzalne i oryginalne.

Tworzymy biznesy, relacje i przywództwo oparte na bezwzględnej szczerości i autentyczności. Nadajemy sens temu, co robimy. Albo przynajmniej staramy się. Kiedy stajemy za sterami firm, nie chcemy już być jak Wilk z Wall Street. Chcemy być ludźmi, którzy słuchają, przyznają się do błędów, płaczą i mówią o tym otwarcie. Żegnamy się z własnym ego, choć jest to tak bardzo trudne.

Nasz życiowy Excel ostatecznie wywaliliśmy do kosza, a w miejscu pustych formuł pojawiła się przestrzeń na to, co najważniejsze: radykalną akceptację samego siebie. To przerażające, ale powoli uczymy się nie oceniać innych i – co najtrudniejsze – nie oceniać siebie.

Whatever works for you. Jeśli Twoim sukcesem jest dziś po prostu święty spokój i go masz – wygrałeś. Jeśli wstajesz rano z poczuciem, że wiesz, po co to robisz, i po prostu idziesz przed siebie – jesteś zwycięzcą. A jeśli tak nie jest – odwagi! Przyznanie przed samym sobą, że dotychczasowy plan na życie po prostu nie działa, to nie kapitulacja, lecz początek prawdziwej wolności.

Zdzieramy z siebie korporacyjne garnitury i maski sukcesu, pod którymi przez lata kryły się nasze lęki. Kosztowało to nas mnóstwo siły, ale wreszcie powoli wracamy do domu. 
I to jest nasz największy, najprawdziwszy zwrot z inwestycji, której system nigdy nam nie obiecywał.

 

*podane daty generacji Y, Z na podstawie danych Deloitte

Źródło: https://www.deloitte.com/global/en/issues/work/genz-millennial-survey.html

Tekst: Adrianna Kubik

Ma za sobą ponad 12-letnie doświadczenie operacyjne w digital marketingu, zarządzanie budżetami marketingowymi dla marek z obszarów DTC, Gen Z, Silver Generation oraz health & wellness, a także skalowanie agencji od małych zespołów do ponad 200 pracowników. Jako liderka z ADHD wspiera Fundację Neuroróżnorodni. W działalności branżowej i społecznej ma na koncie: nagrodę Effie, role jurorskie w MIXX Awards i w plebiscycie „Kobiety e-commerce”, członkostwo w Radzie Sektorowej ds. Kompetencji oraz zaangażowanie pro bono w TEDxWarsawWomen i TEDxWarsaw. Obecnie jako co-founder prowadzi pierwszą społeczność singli w Polsce: Single Mingled.