Marka osobista... jak ją budować, aby nie zwariować – praktyczne porady Judyty Kowalczyk


Czas czytania 27 minut

Marka osobista to pojęcie, które coraz częściej pojawia się w wynikach wyszukiwania… zdajemy sobie sprawę z tego, że siłą każdego projektu... jest człowiek, który za nim stoi. Jak więc lata doświadczeń, zrealizowanych zleceń, sukcesów, ale również porażek przekuć w skuteczną i sprzedającą markę, dzięki której będziemy pracować z satysfakcją i żyć spokojnie. W rozmowie z Judytą Kowalczyk – ekspertką ds. psychologii brandingu i reklamy, strategiem, projektantką graficzną, doradczynią, trenerką rozmawiamy o praktycznych rozwiązaniach, pułapkach i zagrożeniach na drodze do sukcesu w procesie budowania marki.

---------------------------

Co jest ważniejsze – wizerunek osobisty czy wizerunek marki? 

Jedno i drugie jest ważne, ale wizerunek marki jest jednak ważniejszy... [uśmiech]

Wizerunek osobisty skupia się na tym, co zewnętrzne, jak dana osoba jest postrzegana przez otoczenie, czyli głównie na jej wyglądzie i zachowaniach. Natomiast wizerunek marki jest znacznie szerszy w swojej definicji, ponieważ sięga on dużo głębiej w osobę, jej wartości, potrzeby, umiejętności, motywacje, a także świadomość osobistą i zawodową. Marka osobista ma ogromny wpływ na wizerunek osobisty, ale to on jest jej częścią — nie odwrotnie. Ogólnie rzecz biorąc, markę osobistą zaczynamy budować w sobie, a potem rozwijamy ją, pokazując światu.

 Wizerunek osobisty można bardzo łatwo oszukać, zniekształcić, zmanipulować poprzez zmiany zewnętrzne, bo przecież to one podlegają ocenie społeczeństwa w myśl zasady „Jak Cię widzą, tak Cię piszą”. [uśmiech]

Zmiana ubioru, fryzury, zachowań – i już jesteśmy odbierani inaczej. Często ludzie tworzą sztuczny wizerunek osobisty, oderwany zupełnie od rzeczywistości. Pozornie zakrywają w ten sposób niektóre swoje braki i niedoskonałości. Wizerunku marki nie da się już tak łatwo oszukać – przynajmniej nie na dłuższą metę, bo to po prostu z czasem staje się bardzo widoczne. Kłamstwa trzeba pamiętać, a dziś mamy zbyt dużo na głowie, aby pamiętać je wszystkie przez całe swoje życie i ani razu nie wpaść. To też się po prostu nie opłaca...

Łatwiej być twarzą własnej marki czy lepiej ukryć się za wykreowaną marką?

Oczywiście, że łatwiej i jednocześnie skuteczniej jest być twarzą własnej marki niżeli sztucznie wykreowanej. Tak naprawdę to własną markę osobistą też w pewien sposób kreujemy i rozwijamy, w zależności od celu. Grunt to kreować ją zgodnie ze sobą, szczerze i spójnie.

Najczęściej kreując wizerunek, ludzie chcą na siłę pozbywać się wad, a to najgorszy błąd! Człowiek nie oszuka samego siebie, nie oszuka charakteru, nie wymaże z umysłu swoich zalet i wad. Wady są równie ważne, jak i zalety – każdy z nas ma jedne i drugie. Autentyczność i spójność to podstawa. Bez tych dwóch najważniejszych cech nie ma szans na zbudowanie dobrego wizerunku osobistego oraz wizerunku marki. Zawsze mocno to podkreślam w rozmowach oraz swoich publikacjach.

Ukrycie za wykreowaną marką można też rozumieć jako ukrycie pod marką firmową. Zdarza się, że osoby ukrywają się pod tzw. szyldem firmy, bo jest im tak po prostu łatwiej, wygodniej; nie chcą rozwijać swojej marki osobistej. Nie ma nic złego w tym, że decydują się kreować wyłącznie markę firmy, o ile nie zasłaniają się pod wykreowaną fałszywie marką tylko po to, aby wykorzystać ją do osiągnięcia jakiegoś celu lub uzyskania korzyści majątkowych.

Ostatnio czytałem, książkę „Jak mniej myśleć. Dla analizujących bez końca i wysoko wrażliwych” autorstwa Christel Petitcollin. W jednym z Pani wpisów na blogu jest odniesienie do nadmiernego analizowania i myślenia „za dużo”… Jak więc mniej myśleć, a więcej działać?

Zastrzelił mnie Pan tym pytaniem, bo jestem typem przesadnego analityka, myśliciela i osobą wysoko wrażliwą. Dodatkowo jestem perfekcjonistką, a moje życie zawodowe głównie opiera się na analityce, ludziach i intensywnym myśleniu, więc uciec całkowicie od tego w moim przypadku się nie da. Całe swoje życie poszukuję skutecznych sposobów, aby mniej analizować w sferze życia prywatnego, rozwoju osobistego i swojej marki. Napisałam ten wpis, o którym Pan wspomina, ponieważ wiem, jak dużo osób się z tym boryka. Widzę to po spotkaniach, konsultacjach, które prowadzę, rozmowach z ludźmi. Większość z nich myśli, analizuje, dalej myśli, potem na nowo – tym sposobem koło się zamyka i kręci... Ciężko z tego koła się wydostać. Mogę przytoczyć przykład z wczorajszej konsultacji, gdzie Klient wprost powiedział mi, że pierwszy raz aż tak bardzo zapętlił się w to myślenie, że teraz nie potrafi się z niego wydostać.

Takie stany się w nas nasilają również przez otoczenie, sytuacje, jakie mają miejsce na świecie, pandemię. Im słabsza odporność psychiczna, tym mocniej wpadamy w te stany i robi się problem.

 Odpowiadając na Pana pytanie „jak myśleć mniej?”, powiedziałabym, że zamiast tego, należy więcej działać.

 Zdaję sobie sprawę, że łatwo tak powiedzieć, ale to jest naprawdę najskuteczniejszy w mojej ocenie sposób. Dzięki niemu ujarzmiłam swój perfekcjonizm i przejęłam nad nim kontrolę. Odzyskałam sporo czasu na rzeczy naprawdę ważne i zwiększyłam swoją efektywność działań.

Jeśli myślimy przez 80% swojego czasu, a 20% poświęcamy na działanie, to starajmy się małymi krokami, przy pełnej kontroli i systematyczności dążyć do tego, aby doprowadzić do zamiany miejsc tych liczb, a przynajmniej ustać na wyniku 50% / 50%.

W przypadku ograniczenia myślenia warto zwracać uwagę, na czym te myśli skupiamy. W wielu przypadkach bardzo dobrym wsparciem może być prowadzenie dziennika i rozkładanie myśli w systemie zadaniowym. Dobrze jest też ustalać priorytety i wyznaczać sobie czas na przemyślenie jakiejś sprawy czy podjęcie decyzji. Warto wyznaczać nawet konkretny czas, aby zmusić się do szybszego podjęcia decyzji. Nieważne, czy ta decyzja dotyczy większej sprawy, czy po prostu błahej. Wiadomo, że przy większych, ważniejszych sprawach potrzebujemy więcej czasu, jednak chodzi o to, by określić czas, zapisać go i kiedy on mija, odciąć się od tych myśli zupełnie. Najlepiej powrócić do nich jeszcze na chwilę kolejnego dnia, aby sprawdzić, czy się ze sobą pokryły, odhaczyć i uznać za zamknięte. To pozwoli na skupienie się przy jednej myśli (a my lubimy myśleć o milionie rzeczy naraz), podniesie efektywność i będzie jednocześnie ćwiczeniem nawyku.

Nie ma jednej metody, złotego środka dla wszystkich, aby myśleć mniej. Często podczas pierwszych konsultacji słyszę: „Pani Judyto, nie wiem jednak, czy będzie to dla mnie dobre. Co, jeśli to się uda, a co, jeśli jednak się nie uda? Chcę, żeby się udało, ale… Nie, w sumie to może jeszcze nie ten moment… Wstrzymam się. Może przyjdzie lepszy czas”.

Odpowiadam wtedy, że nie ma idealnych momentów. Jeśli chcemy czegoś, w danej chwili jest to dla nas ważne, mamy odpowiednie zasoby i czujemy, że możemy, to podejmijmy po prostu próbę. Rozmyślanie „uda się czy się nie uda” jest zupełnie bez sensu, bo nie jesteśmy nic w stanie przewidzieć. Możemy jedynie mieć przypuszczenia na dany temat i spróbować tego, co jest nam bliższe; podjąć ryzyko, aby przekonać się, czy było warto.

Jeśli okaże się, że było warto, to świetnie. Jeśli okaże się, że nie, to trzeba ponieść konsekwencje tej decyzji, otrzepać się z piasku, założyć plasterek, podnieść głowę i dalej iść przed siebie.

Ryzyko i decyzje są wpisane w nasze codzienne życie prywatne i zawodowe. Musimy naprawić relacje ze sobą i przyswoić pewne rzeczy, aby ograniczyć ten lęk – to też może być pomocne w redukcji niepotrzebnego rozmyślania.

 Nadmierne myśli mogą być wynikiem perfekcjonizmu, wrażliwości, a niekiedy czymś w rodzaju tarczy przed strachem związanym z podjęciem ryzyka czy decyzji. Warto się temu przyglądać i nie wypierać tego, tylko zaakceptować, starając się również szukać własnych sposobów na poskromienie.

Wielu mikroprzedsiębiorców, freelancerów z branży kreatywnej ma problem z wypaleniem i grozi im depresja. Wiąże się to ze specyfiką branży, związaną z permanentną potrzebą bycia kreatywnym i codziennością prowadzenia biznesu. W którym momencie grafik, ilustrator, projektant itd. powinien zadbać o siebie – zarówno o głowę, jak i ciało? Jak to zrobić?

Przeszłam już wypalenie i miewałam ostre stany depresyjne, a nawet udzielałam wywiadu w mediach i było swego czasu dość głośno o mojej historii. Wypalenie zawodowe jest straszną sprawą. Nie życzę nikomu otarcia się o nie. Niestety branża kreatywna jest szczególnie narażona na wypalenie zawodowe, tak jak Pan wspomina – z powodu nacisku na codzienną potrzebę bycia kreatywnym, bystrym, dokładnym, solidnym i terminowym.

Dodatkowo dochodzi obsługa Klienta, która również wymaga jakości. W tej branży, brutalnie mówiąc, albo się utrzymuje odpowiedni poziom na wielu polach, albo się dostaje najmniejsze zlecenia za grosze – o ile się zdąży, bo konkurencja jest spora. Często rozmawiam z małymi przedsiębiorcami i freelancerami, którzy są w tym jednogłośni. Sama jeszcze kilka lat temu tego dotknęłam, choć teraz ten rynek kreatywny, głównie graficzny, jest szczególnie zdewastowany pod tym kątem. Dlatego coraz więcej osób z tej branży mierzy się z wypaleniem i depresją.

Oczywiście jeszcze jest po drodze własna działalność, która wymaga również odpowiedzialności i często wielozadaniowości na szerokim obszarze.

 Jeśli chodzi o moment, to każdy jest dobry na zadbanie o siebie. W moim przypadku było już trochę za późno, bo pozwoliłam sobie na pogłębienie wypalenia oraz stanów depresyjnych i bardzo ciężko było mi się z tego wygrzebać. Wychodziłam z tego przeszło 2 lata i w tym czasie mocno musiałam zmienić swoje życie. Pominę już fakt, że w tym czasie doszły mi też poważne problemy zdrowotne. Teraz, mimo że już wiem, że jestem obok tego, to nadal muszę być ostrożna, bo kiedy się już gdzieś było, łatwo tam wrócić. Zauważam to po kilku dniach dłuższej i intensywniejszej pracy – wtedy zaczynam właśnie automatycznie wracać. Jest to jak nałóg. Kiedy alkoholikowi – nawet czystemu – nadarzy się przypadkowa okazja do wypicia, to do nałogu wróci, nie orientując się nawet kiedy. Tak samo jest z wypaleniem zawodowym...

Żeby nie dopuścić do wypalenia, trzeba utrzymywać przede wszystkim balans, równowagę pomiędzy życiem prywatnym i zawodowym. U mnie tej równowagi zabrakło. Była tylko praca po 16 godzin i w weekendy przez dobre 9 lat (okres najbardziej intensywny). Teraz bardzo tej równowagi pilnuję – wprawdzie nie zawsze się to udaje, ale mam na to oko. Kiedy czuję, że coś już się dzieje nie tak, wtedy reaguję.

Dbać o siebie można, ustalając sobie stałe godziny pracy, a jeśli nie ma takiej możliwości, to chociaż warto ustalić konkretną liczbę godzin, np. pracujemy 8 godzin dziennie i ani godziny dłużej. Kiedy wyrobimy sobie nawyk, jest już łatwiej. Po godzinach pracy warto wyjść na drinka ze znajomymi, pośmiać się, pójść do kina, teatru, na basen. Cokolwiek, po prostu zrobić coś dla siebie. Jesteśmy ludźmi, nie robotami. Ja musiałam sięgnąć mocnego dna, aby to zrozumieć. Niech to będzie przestroga dla innych.

Co jeszcze można zrobić, aby się nie przeciążyć? Warto oferować Klientom dłuższe terminy realizacji. Dzięki temu nie odczuwamy tak silnej presji związanej z ostatecznym terminem, która często wprowadza w stany depresyjne i powoduje brak kreatywności. To pozwala nam również na zachowanie chłodnego umysłu i zwiększenie wydajności.

Myślę, że warto również czasem odpuścić. Osoby z branży kreatywnej mają w zwyczaju wymuszanie na sobie obowiązku bycia kreatywnym przez 24 godziny na dobę. Z moich konsultacji korzystają również graficy, projektanci i ilustratorzy – osoby kreatywne. Kiedy czuję podczas rozmowy, że dana osoba sama na siebie nakłada presję kreatywności, pytam, co jej to daje i dlaczego to robi. Najczęstszą odpowiedzią jest: „Jestem grafikiem/ilustratorem, więc nie mogę nie być kreatywna/-y. Co mam powiedzieć Klientowi? Przepraszam, ale nie mam dziś weny, opuściła mnie kreatywność? Przecież to sięga hipokryzji i jest niedorzeczne. Muszę wzniecić tę kreatywność i zrobić zlecenie”.

No właśnie... I to jest bardzo zgubne, bo wbrew pozorom osoby kreatywne również mają prawo do braku kreatywności i słabszych dni. Takie osoby intensywniej myślą, kreują, więc nawet częściej dopada je niemoc kreatywna niżeli osoby z innych branż.

W przypadku braku kreatywności, najlepiej odpuścić pracę, wyjść na spacer, zająć głowę czymś zupełnie innym. Najgorsze, co można zrobić, to siedzieć, wpatrywać się w monitor i denerwować na siebie, że w głowie pustka. Jeśli ta pustka jest, to nagle nie zaskoczy – wiem to z autopsji. Tu z pomocą przychodzą dłuższe terminy realizacji, które w takich chwilach są na wagę złota. Kiedy mamy dłuższy termin, bez wyrzutów sumienia i zbędnych nacisków w takich słabszych dniach możemy pracę kreatywną odpuścić, a zająć się np. sprawami firmowymi takimi jak telefony, e-maile, porządki. Jest to też sposób na wykorzystanie tego „straconego czasu”.

Dobrze jest też zwracać uwagę na jakość zleceń, projektów i wybierać tylko te, które są nam najbliższe. Dzięki temu nie będą one tak męczyć i wprowadzać w zły nastrój. Graficy, szczególnie na początku swojej drogi, biorą wszystkie zlecenia jak leci, co potem staje się problematyczne w wielu kwestiach – nie tylko zdrowotnych, ale też wizerunkowych. No ale dziś nie o wizerunku marek osobistych freelancerów... [uśmiech]

Kim jest Pani z wykształcenia, doświadczenia i zawodu?

Z pierwszego wykształcenia i zawodu jestem informatykiem, natomiast w zawodzie tym nie pracuję. Ukończyłam również grafikę komputerową, marketing oraz psychologię – w tych dziedzinach zdobywałam doświadczenie od samego początku swojej kariery zawodowej, pracując na różnych szczeblach w znanych agencjach reklamowych i prowadząc autorskie badania. Później założyłam własną firmę, agencję i podjęłam pracę z Klientami oraz ich markami.

 

Jak godzi Pani role ekspertki ds. psychologii brandingu i reklamy, stratega, projektantki graficznej, doradcy, trenerki? Która z tych ról jest Pani najbliższa i dlaczego?

To jest tak naprawdę jedna rola, którą wykonuję z powodzeniem każdego dnia. Jestem strategiem i projektantem ze specjalizacją w psychologii brandingu i reklamy, którą miałam wielkie szczęście zrobić, bo zawsze połączenie tak różnych, a jednocześnie tak bliskich sobie dziedzin mnie fascynowało.

W swojej codziennej pracy układam strategie oraz projektuję systemy identyfikacji i komunikacji marek. Skupiam się w projektowaniu głównie na stylach oraz aspektach technicznych – jestem bardzo techniczna. Oczywiście, jeśli chodzi o brandingi i projektowanie z nimi związane, to nie robię wszystkiego sama. Zajmuję się najważniejszymi elementami kreacji. Prowadzę agencję i współpracuję z projektantami grafikami, którzy przejmują znaczną część pracy graficznej. Głównie pełnię funkcję aktywnego lidera, który zaczyna pracę, nadaje jej właściwy kierunek, a odpowiedni ludzie nadają temu kierunkowi głębszy sens. [uśmiech]

Prowadzę również codziennie konsultacje i cyklicznie szkolenia z zakresu swoich dziedzin. Gdybym miała zająć się tylko konsultacjami lub szkoleniami, nie mogłabym uczestniczyć w procesach powstawania marek, nadawania im kształtu i charakteru oraz nie mogłabym uczestniczyć w tych cudownych chwilach wejścia marek i ich rozwoju na rynku. No i odwrotnie, gdybym zajęła się tylko strategiami i projektowaniem, nie mogłabym prowadzić rozwojowych konsultacji oraz szkoleń. Uwielbiam dzielić się wiedzą i doświadczeniem oraz pomagać ludziom. Dzięki konsultacjom i szkoleniom mogę to robić bez ograniczeń, a widząc wdzięczność, uśmiechy innych, mam dowód, że warto i jest to po prostu bezcenne.

Nie potrafię zrezygnować z żadnej z tych rzeczy – tym bardziej że świetnie się one łączą.

Jestem praktykiem, empirykiem. Wszystkiego muszę dotknąć, wszystko muszę rozłożyć sama i zrozumieć, aby móc się tym podzielić, dlatego też, gdybym nie analizowała, układała strategii i projektowała, to nie mogłabym być dobrym trenerem. Uważam, że suchej teorii jest się w stanie nauczyć każdy, żeby ją wyrecytować, natomiast umiejętność opowiedzenia o teorii, okraszenia jej konkretną praktyką i jeszcze wiedza, jak to zrobić skutecznie jest dziś wyzwaniem, a ja tej rękawicy postanowiłam się podjąć całą sobą. Na rynku szkoleń jestem od niedawna, ale już mam wiele obserwacji i wniosków, co można ulepszyć i jak załatać pewne niedociągnięcia.

Dzięki szkoleniom i warsztatom rozwijam się, by jeszcze lepiej prowadzić swój zespół oraz jeszcze bardziej dbać o jego rozwój. Zaczęłam robić regularne spotkania rozwojowe i szkolenia dla zespołu, co przynosi świetne rezultaty. Zatem jak Pan widzi, nie da się rozłączyć tego, co jest świetną jednością – wprawdzie wymagającą i dość dużą, ale nadal to jedność.

Skoro jestem przy szkoleniach i warsztatach, to zdradzę mocno przedpremierowo, że niebawem otwieram swoją Akademię Psychologii Brandingu i Reklamy, która będzie bardzo praktycznie i życiowo przygotowywała do prowadzenia własnych marek i biznesów od A do Z. Akademia powstanie na podstawie mojej książki „10 przykazań skutecznej marki”, którą wydałam w listopadzie 2021 roku, a właściwie będzie jej gigantycznym rozszerzeniem i kontynuacją. Z tym że książkę napisałam sama, a akademię „napiszę” z ludźmi. Na jej kartach zapisze się ich historia. Dla mnie ogromnie ważni są ludzie. To oni zawsze są w moim centrum.

Wiele w edukacji naszego kraju mi się nie podoba. Nie jesteśmy dobrze przygotowywani do życia, do pracy, do biznesów. Sama do wszystkiego musiałam dochodzić. Zajęło mi to kilka dobrych, intensywnych lat. Dlatego postanowiłam założyć własną akademię, aby skrócić tę drogę innym. Zadaniem tej akademii będzie również skuteczne załatanie braków w dość krótkim czasie. Każdy, kto się do niej zapisze, może liczyć na solidną, pomocną dłoń na dalszą drogę. Mam konkretne plany rozwojowe związane z akademią. Już jest nawet część realizacji. Proszę trzymać kciuki za powodzenie tego projektu! :)

Podsumowując, to bardzo lubię swoją pracę i drogę, jaką wybrałam. Nie zamieniłabym jej na żadną inną. Co prawda utrudniłam sobie życie, wybierając dziedzinę, która łączy psychologię i wiele dróg marketingowych, a do tego połączyłam to ze szkoleniami, co bardzo często przypomina taniec na cienkiej linie, która umieszczona jest na wysokości Mount Everest, ale ja to kocham! Spełniam się w tym, co robię, a jeszcze bardziej cieszy mnie, że mogę w tym spełnieniu zawodowym pomagać swoim Klientom i uczestnikom. Coś wspaniałego!

Czy Pani konsultacja jest droga, czy tania? Jakim kluczem wyceniła Pani swoje usługi doradcze? Do jakiej grupy docelowej są one skierowane? Czy cena to również element budujący markę?

Przyznam, że nie mi oceniać, czy moje konsultacje są drogie, czy tanie – odbiorcy mogą to ocenić. Oczywiście w każdym przypadku będzie to tylko opinia subiektywna, bo każdy ma inną miarę wartości.
 Osoba świadoma wie, czego potrzebuje i za co płaci albo – jeśli nie wie – ma świadomość, że podczas takiej konsultacji się dowie i będzie to dobra inwestycja. Osoba nieświadoma zawsze stwierdzi, że za drogo, że to niepotrzebne, choćby moje konsultacje kosztowały 10 zł.

Moje usługi są skierowane głównie do przedsiębiorców, małych i średnich firm. Natomiast korzystają z nich zarówno osoby, które dopiero zaczynają budować swoją markę, rozwijać biznes, jak i osoby bardziej zaawansowane, a nawet menadżerowie, dyrektorzy, właściciele średnich i większych firm. Nie chcę się ograniczać do jednej grupy, bo zarówno mniejsze, jak i większe marki są ważne na rynku, a ja – mając doświadczenie w pracy z jednymi i drugimi – nie chcę zamykać się na jedną grupę i tym samym odbierać sobie nowych doświadczeń.

Rozstrzał w konsultacjach jest dość duży, jeżeli chodzi o target, więc ceny są też wyśrodkowane dla obu grup.

 Nie jestem dla wszystkich. Jestem dla osób świadomych, które w tym momencie czują, że są w stanie zapłacić tyle za moją konsultację. Ostatnio miałam sytuację, gdzie kobieta napisała do mnie – cytuję fragment wiadomości: „Pani Judyto, rozmawiałyśmy ok. 1,5 roku temu o mojej marce. Wtedy miałam inne podejście do tego, popełniłam mnóstwo błędów. Dziś mnie na Panią stać mentalnie i finansowo. Czy możemy porozmawiać o współpracy?”. Ta sytuacja dużo obrazuje.

Osobiście uważam, że biorąc pod uwagę moje bogate doświadczenia sięgające rozwoju osobistego i zawodowego oraz tak kompleksowe wsparcie przy tak niszowej specjalizacji, moje konsultacje są bardzo tanie. Obecne ceny, które Pan widział, są jeszcze ubiegłoroczne. Za chwilę one wzrosną. Czasem godzina zwykłej konsultacji potrafi kosztować nawet 3000 zł. Często takie ceny można spotkać u mniej doświadczonych ludzi, którzy są po prostu głośniejsi na rynku.

 Moje konsultacje są bardzo indywidualne, praktyczne i obejmują szereg zagadnień oraz omówień. Dodatkowym ich wyróżnikiem jest to, że Klient nigdy nie zostaje po konsultacji sam, bo nawet kiedy kończy się czas konsultacji, z mojej strony dbam o utrzymanie dobrej relacji z takim Klientem i mam oko na taką osobę, pamiętam o niej w różnych przypadkach. Nie ma znaczenia, czy jest to Klient mały, czy duży, jednorazowy czy stały – zawsze z takim samym zaangażowaniem zostaje on potraktowany. Po ludzku, po prostu. Często swoich Klientów polecam innym swoim Klientom. Uważam, że takie relacje są bardzo ważne i cenne.

Pyta Pan, czy cena jest elementem budującym markę. Tak, jest to jeden z jej elementów. Jeśli ktoś ceni się za nisko, to oznacza, że jest tyle wart, na ile się wycenia... Dlatego zaniżanie cen w drodze rozwoju zaufanej marki zupełnie nie działa. Wycena powinna być adekwatna do faktycznej wartości, jakości i czasu, jaki poświęcamy w drodze świadczenia usługi. Nie można tu przestrzelić ani w jedną, ani w drugą stronę. Zbyt niskie ceny są szkodliwe, ale zbyt wysokie – również. Należy zachować zdrowy rozsądek we wszystkim, nawet w wycenie. 

O tym i wielu innych aspektach związanych z marką, jej wizerunkiem oraz elementach wpływających na jej budowę i rozwój piszę w swojej książce „10 przykazań skutecznej marki”. Myślę, że warto do niej zajrzeć – niezależnie od etapu, na jakim się obecnie jest ze swoją marką i biznesem. [uśmiech]

Wielu młodych wiekiem lub stażem przedsiębiorców boi się porażki w czasach otaczającego nas zewsząd „sukcesu”… Jak więc przygotować się na porażkę, ale przede wszystkim jak przygotować się na sukces?

Na to nie da się przygotować. Dziś można być na szczycie, a jutro z niego spaść i odwrotnie. Myślę, że porażki trzeba polubić, bo tak naprawdę to dzięki nim się rozwijamy i możemy osiągać kolejne sukcesy. Nie ma ludzi bez porażek na kontach, nie ma też ludzi bez sukcesów. Najczęściej po prostu widzimy tylko to, co jest nam pokazywane, szczególnie w mediach społecznościowych. Łatwiej jest ludziom pokazać sukces niż przyznać się do porażki, dlatego tak dużo jest mylnych obrazów w naszej psychice i wiele osób boi się porażki.

 Też kiedyś się bałam, co mnie bardzo ograniczało... Bałam się, dopóki nie zaczęłam zauważać, że z każdą kolejną porażką sięgam dalej... Każde potknięcie, upadek pozwala z innej perspektywy spojrzeć na wszystko i zrobić coś inaczej, a to z kolei przybliża do kolejnego sukcesu. Niejedną porażkę mam na swoim koncie i jeszcze niejedną będę miała – jestem tego pewna. Jeśli chcę się rozwijać, to wiem, że będzie ich jeszcze sporo i mogą być znacznie większe niż dotychczas.

 Jedynym sensownym w mojej ocenie przygotowaniem się na porażkę, może być jej odgórne zaakceptowanie. Działam, rozwijam się – w porządku, muszę zatem akceptować fakt, że popełnię błąd, podejmę złą decyzję, coś pójdzie nie tak i poniosę porażkę. Natomiast kiedy to się stanie, będzie ona dla mnie ważną lekcją, z której wyciągnę mnóstwo wniosków, a te z kolei będą dla mnie drogowskazem na przyszłość.

 Uważam, że porażki są ważniejsze niż sukcesy, bo uczą. Sukcesy natomiast są tylko pretekstem do picia szampana... [uśmiech]

 

Rozmawiał Maciej Mazerant – wydawca PURPOSE – kreatywność i praca

Zapraszamy na stronę judytakowalczyk.iclouders.pl/ oraz na profil linkedin