CZYTAJ

MUZYKA | „Nieogarom nie wróżę dobrze”

2021-04-07

Czas czytania 5 minut + teledysk 3:49

Wraz z nastaniem ery streamingu ludzkość konsumuje rekordową ilość muzyki i rekordowo nisko postrzega jej wartość. W roku 2017-ym rap ostatecznie zdetronizował rocka jako najbardziej popularny gatunek w Stanach Zjednoczonych. Echa tych światowych trendów wyraźnie słychać także w Polsce. Jak więc w tych niesprzyjających warunkach mają się odnaleźć pasjonaci gitarowego grania zwłaszcza w czasach kryzysu, który zamroził wszelką działalność koncertową? Rozmawiamy o tym z Piotrem „Rudym” Czembrowskim, który w okresie eventowej stagnacji upatruje dobry moment na działania marketingowe dla swojego debiutującego zespołu rockowego Hart.


 


Z rozmowy z Piotrem „Rudym” Czembrowskim dowiesz się:
Czy muzykę robi się z pasji, czy dla pieniędzy?
Z jakimi wydatkami należy się liczyć, prowadząc kapelę.
Czy szansę na sukces mają tylko zawodowi muzycy?


HART to pasja czy praca a może biznes?

Pasja na pewno. Praca raczej też, mimo że póki co tylko ładuję siano w ten projekt, a nie wyciągam. Ale jest to taka dobra praca, którą sam sobie wymyśliłem i ją realizuję. Taka, która daje sens, wyzwanie, ekscytację i mnóstwo, mnóstwo satysfakcji. Biznes – oby kiedyś się udało. Marzę o momencie, w którym ten zespół stanie się zarabiającą na siebie marką.

Opowiedz, proszę o Twoich inspiracjach muzycznych.

Głównie rock, pop i deathcore. Czasem progresywny house. Rap rzadziej, choć ostatnio dyskografia Kanyego mocno mnie pochłonęła. Elementem wspólnym różnych artystów, których słucham, jest przebojowość. Nieprzebojowa muzyka nie ma dla mnie większego sensu. W przypadku Hartu (który nie jest moim pierwszym projektem muzycznym) daję wybrzmieć głównie mojemu zamiłowaniu do mainstreamowego rocka i metalu z początku XXI wieku: Linkin Park, Rise Against, Korn, Offspring… czym skorupka za młodu nasiąknie, tym na starość trąci.

Jesteś autorem tekstów i muzyki… twórcą. Z wykształcenia czy wyboru?

Od dwóch lat chodzę na lekcje wokalu do Tomka Struszczyka z Turbo i to jest jedyny element edukacyjny w ciągu całej mojej kilkunastoletniej przygody z muzyką. Grać na gitarze nauczyłem się z internetowych tabulatur, ale prawie od razu po ogarnięciu „Come as You Are” Nirvany zacząłem układać własne riffy. Minęło 15 lat i układam albumy. Jestem szczerze przekonany, że nic mi w życiu nie wychodzi tak dobrze, jak pisanie piosenek, więc nieprzerwanie cisnę temat. 

Widziałem scenariusz do teledysku „Arbeit”… przygotowany z „matematyczną” dokładnością tego u artystów się nie spotyka… kim jesteś!

Dobrze zorganizowanym twórcą. Z wykształcenia ekonometrykiem, z zawodu do niedawna pracownikiem naukowym i analitykiem, obecnie uderzam w programowanie. Co do matematycznej precyzji wśród muzyków: napisanie piosenki to zadanie optymalizacyjne, niezależnie czy ktoś to sobie uświadamia, czy nie. Songwriter to komputer rozwiązujący to zadanie z lepszym lub gorszym skutkiem. Więc wydaje mi się, że każda piosenka jest wynikiem mniej lub bardziej świadomego analitycznego myślenia. I z drugiej strony: w dobie internetu, streamingów i ogólnego samozarządzania artystów nie wróżę dobrze nieogarom.

Opowiedz o produkcji teledysku do kawałka „Arbeit”

Jednym z walorów prowadzenia zespołu jest pretekst do ciągłego poznawania ludzi, z których część okaże się fajna. Wbiliśmy do Workplace 59 i z miejsca było wiadome, że trafiliśmy na właściwych ludzi, którzy nie tylko użyczą lokal za bardzo rozsądne pieniądze, ale i sami zaangażują się w projekt czy nawet ściągną ziomka do roli szefa. Antek, który na planie okazał się mieć 14 lat, sprawdził się wyśmienicie jako operator kamery i pomocnik przy montażu. Wyszło luźno, zabawnie i sprawnie (całość domknięta w jeden dzień zdjęciowy), co chyba zresztą widać na samym klipie. Ale też tego typu przedsięwzięcie było wykonalne przy tej konkretnej, bardzo obrazowej i samej w sobie dość zabawnej piosence.


Zakładamy, że zespół to przedsiębiorstwo… kto jest w nim „zatrudniony” bezpośrednio, pośrednio, jakie są inne koszty? Jakie musi mieć przychody „firma”, aby się spinała finansowo. I na czym tak naprawdę zarabia zespół muzyczny?

Może zacznę od końca: za odsłuch piosenki na Spotify artysta nie dostaje pełnego grosza. Nie znam się na zarabianiu na youtubie, ale myślę, że ponownie bez wyświetleń idących w setki tysięcy nie ma co w ogóle myśleć o choćby pokryciu kosztów nagrania muzyki z samej jej cyfrowej dystrybucji. W sprzedaż fizycznych nośników jeszcze przez jakiś czas się nie bawię, głównie dlatego, że w obliczu pandemii obrałem strategię wypuszczania kolejnych singli co 2-3 miesiące, tak żeby nie wyprztykać się od razu z tych kilku asów, które mam w rękawie. Jedyna opcja dla debiutującego zespołu, żeby choćby powąchać pieniądz, to grać koncerty, na które będzie przychodziło co najmniej kilkadziesiąt osób, z których każda zostawi na bramce co najmniej 20 PLN. No to wyobraźmy sobie w bardzo optymistycznym scenariuszu, że debiutujący zespół Hart po dobrym dogadaniu się z klubem, opłaceniu dźwiękowca, może ochrony i odpaleniu czegoś supportowi zamyka koncert z 1000 zł zysku. Koszt nagrania albumu i nakręcenia kilku teledysków to w scenariuszu skrajnie oszczędnym, gdzie wszystko co możesz robisz sam, kilkanaście tysięcy złotych. Do tego koszt wynajęcia sali prób powiedzmy 300 zł miesięcznie. Album wydajemy, powiedzmy raz na dwa lata, więc w scenariuszu bardzo oszczędnym funkcjonowanie zespołu to powiedzmy 25-30 tys. zł w cyklu dwuletnim. Więc w ciągu roku należy zagrać 15 udanych koncertów, żeby nie dokładać do biznesu, ale też w tym scenariuszu nie ma żadnego wynagrodzenia dla muzyków, które docelowo być powinno.

Gdzie widzisz swój projekt – zespół Hart za rok, dwa lata?

Trochę krótki horyzont czasowy, a czasy niepewne, ale spróbuję przedstawić swoje ambicje. Za rok: już kilka naszych piosenek gościło na TurboTopie Antyradia. Jesteśmy po pierwszych weekendowych traskach koncertowych i na każdym gigu było po kilkadziesiąt osób, z czego połowa znała słowa do „Szczytu”. Na naszym kanale są jeszcze ze trzy grube teledyski i łącznie mamy pod sto tysięcy wyświetleń. Ludzie z branży są świadomi naszego istnienia, przebojowości i skuteczności. Cała płyta jest recenzowana w blogosferze, a nawet w drukowanym Teraz Rocku. Jesteśmy rozpoznawalnym w Łodzi bandem, za każdym razem, gdy pojawiam się na Piotrkowskiej, zbijam co najmniej 5 piątek. Za dwa lata od dzisiaj mogą już wychodzić pierwsze single z drugiej płyty, które ugruntowują naszą pozycję łódzkiego muzycznego towaru eksportowego na Polskę. Nie wiem na ile możliwe jest powtórzenie sukcesu Comy 15 lat później, w czasach kiedy to Quebonafide dostaje platynę za trzy kolejne albumy, ale spróbować trzeba.

Rozmawiał Maciej Mazerant
Zdjęcia Antek Mazerant / www.antekmazerant.com