Maja Ruszkowska-Mazerant, kuratorka treści numeru Klient:

„W zawodach kreatywnych ludzie widzą i czują więcej.” – to pierwsze zdanie w artykule Justyny Krasuskiej mówi bardzo dużo. Ale pewnie każdy z nas – ludzi działających w sektorze kreatywnym i kulturze – słyszy tutaj coś innego. Bo co to tak naprawdę znaczy czuć więcej, widzieć więcej?

Przez wiele lat uważałam, że praca, która jest moją pasją, to najlepsza rzecz, jaka przydarzyła mi się w życiu. Do czasu. Tym punktem zwrotnym był moment, kiedy zrozumiałam, że jestem w stanie zrobić zdecydowanie więcej, niż się ode mnie oczekuje. A co gorsza, kiedy przychodził taki moment, kiedy oczekiwano ode mnie więcej, niż było ustalone – wtedy wchodziłam w to jak w masło i... naprawdę czułam się z tym dobrze.

Ale przyszedł taki moment, kiedy zrozumiałam, że tu chodzi o profesjonalizm zawodowy, a nie bliską, przyjacielską relację. Bo czymś innym jest praca, a czymś innym jest życie prywatne. I pomimo tego, że często się przeplatają, zwłaszcza kiedy jest się freelancerem, soloprzedsiębiorcą albo pracuje społecznie – to nadal praca jest pracą, a życie prywatne życiem prywatnym.

W poniższym artykule Justyna skupia się przede wszystkim na pracy charytatywnej, bo właśnie w niej najwięcej jest nierównowagi, wyzwań związanych z byciem dostępnym i zawodowo wrażliwym w kontakcie z klientem. Polecam ten głos nie tylko tym, którzy na co dzień zajmują się działalnością charytatywną, ale każdemu, kto czuje więcej i widzi więcej.

Co zawiera artykuł:
1. Jak być blisko, nie tracąc profesjonalizmu?
2. Klient czy beneficjent? Znaczenie języka i sztuka stawiania granic
3. Co daję od siebie, a czego oczekuję w zamian?
4. Płatność a jakość relacji – co dzieje się w kuluarach działań społecznych?
5. Ryzyko bliskości – gdzie kończy się profesjonalna empatia, a zaczyna przeciążenie
6. Podsumowanie i pytania do autorefleksji

 

Jestem psycholożką. Mam doświadczenie w pracy społecznej, wolontariacie, koordynacji projektów pomocowych opartych na wsparciu przez sztukę. Cieszę się, że mogę podzielić się swoją perspektywą i sposobami na zachowanie balansu między empatią a profesjonalizmem. Moim celem jest uruchomienie w Was tego wiercącego uczucia, kiedy zaczynacie się zastanawiać: czy mogę lepiej? Odbądźmy wspólnie podróż po meandrach autorefleksji. Napisanie tego artykułu dużo poukładało też we mnie, za co jestem szczególnie wdzięczna. Zatem… Zaczynajmy!

 


1. Jak być blisko, nie tracąc profesjonalizmu?


W zawodach kreatywnych ludzie widzą i czują więcej. Ta wyjątkowa cecha przekłada się często na wyższą wrażliwość na nierówności i krzywdę, a co za tym idzie – na większe zaangażowanie w działania prospołeczne. Artystki i artyści, zwłaszcza ci wysoko wrażliwi, bywają niepewni swoich umiejętności i mają trudność z adekwatną wyceną swojej pracy. Nie pomaga w tym społeczny odbiór zawodów kreatywnych – nie dość, że wciąż nie są traktowane wystarczająco poważnie, bo przecież „to twoja pasja”, „to tylko jakieś malowanie”, czyli coś, co robi się dla przyjemności, a nie dla chleba. Kiedy dodatkowo ubierzemy tę pracę w formę działania charytatywnego, presja rośnie podwójnie. Ludzie widzą misję, pasję, efekt końcowy – ładny obraz, wzruszający spektakl, dobrze zaprojektowany warsztat – nie widząc godzin przygotowań, poświęcenia, realnego rzemiosła, które powinno dawać utrzymanie tak samo, jak każdy inny zawód.

Do tego dochodzi konieczność myślenia pragmatycznego – zerknięcia na przyziemne aspekty prowadzenia działalności: rozliczenia, umowy, harmonogramy, budżety projektowe – i jednoczesnego zadbania o własny dobrostan psychiczny. Jak to wszystko zbalansować, nie mając w tym obszarze ani wiedzy, ani doświadczenia, ani wyczucia? To wymaga wprawy i nauki, ale jest do zrobienia. Krok po kroku, z uważnością i czułością do siebie.

 


2. Klient czy beneficjent? Znaczenie języka i sztuka stawiania granic


To, jak mówimy o sobie, o swojej pracy i o osobach, które z niej korzystają, ma ogromne znaczenie. Na co dzień możemy tego nie zauważać, ale działa to jak kropla drążąca skałę – powoli, ale skutecznie kształtuje nasze poczucie wartości i to, jak jesteśmy postrzegani przez innych. Pierwszym krokiem do zbudowania profesjonalnego wizerunku – także we własnych oczach – jest profesjonalny język, nacechowany szacunkiem wobec swojego czasu, kompetencji i zaangażowania. Nie mów „godzinki”, „to tylko rysowanie”, „to tylko lepienie z gliny”. I – co równie ważne – staraj się w ten sposób o swojej pracy nie myśleć, bo słowa, których używamy wewnętrznie, kształtują naszą samoocenę zawodową szybciej, niż nam się wydaje.

To, że Twoja praca jest jednocześnie Twoją pasją; że możesz zarabiać, pomagając innym; że część osób w tym sektorze działa wolontaryjnie, nie oznacza, że powinnaś czy powinieneś brać za swoją pracę mniej. Nie oznacza też, że możesz pracować po dwanaście godzin dziennie albo że powinieneś robić więcej, niż przewiduje projekt, tylko dlatego, że „przecież to lubisz”. Należy Ci się work-life balance dokładnie w takim samym stopniu, jak osobie pracującej w korporacji – nawet jeśli Twoja działalność artystyczna toczy się po godzinach płatnej pracy etatowej, a fundacja czy projekt są dopiero rozwijającym się elementem Twojej kariery.

Wracając do samych określeń – klient czy beneficjent? W projektach i w komunikacji fundacyjnej najczęściej używa się słowa „beneficjent”. Czy osoba tak nazwana ma większe, czy może mniejsze prawa niż klient płacący za usługę? Beneficjent często musi spełnić określone warunki: znaleźć się w konkretnej sytuacji życiowej, wieku, grupie mniejszościowej, w zależności od założeń danego projektu. Czasami musimy się do tych ram dostosować, a czasami to my je tworzymy. Rodzi się pytanie: czy w takiej sytuacji możemy mówić o specjalnym traktowaniu, o jakichś dodatkowych prawach, jakie nabywają beneficjenci? A może jest dokładnie odwrotnie – skoro projekt przeszedł i mamy wynagrodzenie zabezpieczone z góry, pojawia się pokusa, by mniej się starać, potraktować pracę mniej rzetelnie, bo „i tak nikt nie zrezygnuje”? To pytanie, które każda osoba koordynująca działania społeczne powinna sobie zadać uczciwie, najlepiej na samym początku projektu – i wracać do niego regularnie, bo pokusa pobłażania sobie potrafi narastać niepostrzeżenie. Twarde granice wzmacniane cyklicznym, maksymalnie obiektywnym sprawdzaniem, czy są na swoim miejscu, to must have rzetelnej pracy pomocowej.

 


3. Co daję od siebie, a czego oczekuję w zamian?


Jeśli pomagamy, naturalnie oczekujemy wdzięczności. To ludzkie, wpisane w naszą naturę – i nie ma sensu udawać, że jest inaczej. Jesteśmy empatyczni, chcemy zmieniać świat, mamy misję. Tylko czy ta misja czasem nie jest po prostu podbijaniem naszego ego? Czy nie pełni funkcji nadawania ważności działaniom, które część otoczenia uznaje za społecznie zbędne – „bo po co komu kolejny projekt artystyczny, skoro są ważniejsze problemy”? Czy nie jest sposobem na nadanie sensu codziennemu trudowi, który sam w sobie bywa mozolny, biurokratyczny i dalece mniej romantyczny, niż wyobrażają sobie osoby z zewnątrz? Czasem jest po prostu pomysłem na zarobek w niedofinansowanej rzeczywistości sektora kultury albo sposobem na nadanie życiowemu zajęciu głębszej sensowności. Wiem, że możesz się w tym miejscu oburzyć – przecież fundacje i projekty finansowane ze środków publicznych to nie jest łatwy zarobek. Pozyskanie dofinansowania, rozliczanie każdej złotówki, znalezienie właściwej grupy docelowej, spełnienie rygorystycznych wymogów formalnych narzuconych przez grantodawcę – to nie brzmi kolorowo, prawda? Przecież robimy to dla misji!

Tylko czy na pewno zawsze? Czy czasem nie jest to trochę wydmuszka na użytek świata zewnętrznego, w której środku mamy sporo trudności – nie tylko ze swoimi wewnętrznymi demonami, poczuciem niewystarczalności czy lękiem przed oceną, ale też z realnym przepalaniem budżetu i usługami o jakości niższej, niż deklarujemy we wniosku projektowym? Wyważenie tego wszystkiego jest trudne, ale nie niemożliwe. Zapraszam Cię do mojej autorefleksji, która – mam nadzieję – zbliży Cię do Twojej własnej.

 

4. Płatność a jakość relacji – co dzieje się w kuluarach działań społecznych?


Z jednej strony mamy więc szereg zagrożeń związanych z wypaleniem i utratą profesjonalizmu na rzecz nadmiernego zaangażowania emocjonalnego. Z drugiej strony istnieje cały obszar „szarej strefy” działań społecznych, realizowanych na niskim poziomie właśnie dlatego, że beneficjent nie płaci bezpośrednio, więc – nieświadomie albo świadomie – zakładamy, że nie ma ryzyka, że „nie wróci”. A skoro nic nie traci finansowo, to jakby nie do końca był to już nasz problem, jeśli usługa wypadnie słabiej niż zwykle. Łatwo pisze się kwieciste opisy rezultatów projektu we wnioskach grantowych, znacznie trudniej realizuje się je w rzeczywistości na deklarowanym poziomie.

Pamiętaj o jednej fundamentalnej zasadzie: odpowiedzialność za jakość relacji w dynamice wykonawca–odbiorca zawsze leży po stronie wykonawcy. To Ty nadajesz charakter temu systemowi. To Ty odpowiadasz za jakość swojej pracy – również wobec innych osób korzystających z projektu. I zawsze, bez wyjątku, masz prawo odmówić wykonania usługi, jeśli przekracza ona jakąkolwiek Twoją granicę – także granicę, jaką sama czy sam wyznaczasz swojemu profesjonalizmowi.

Osobny temat to praca nieodpłatna. Czasem zdarza się, że robimy coś w ramach wolontariatu albo na starcie projektu pracujemy bez wynagrodzenia, licząc na to, że później pojawi się finansowanie. Wyważenie tych niuansów jest bardzo trudne, ale myślę, że kluczowe jest świadome i uważne spoglądanie w stronę własnych zasobów – czasu, energii, zdrowia psychicznego – oraz pilnowanie, by nie ulec wypaleniu zawodowemu. Każda forma pracy wolontaryjnej niesie ze sobą ryzyko wypalenia, które łatwo przeoczyć, będąc w ferworze działania albo w poczuciu moralnego obowiązku niesienia pomocy. Warto uświadomić sobie wprost: nie dasz rady pomóc wszystkim, a z pustego i tak nie nalejesz. Pamiętaj też, że nie ma osób niezastąpionych w projekcie – łącznie z Tobą – oraz uważaj na wychodzenie poza swoje kompetencje i rolę przypisaną Ci w danym działaniu. Jeśli jesteś artystką prowadzącą warsztaty plastyczne dla dzieci z domu dziecka, Twoją rolą jest prowadzenie warsztatów, a nie zastępowanie terapeutki, wychowawcy czy pracownika socjalnego, nawet jeśli w danym momencie czujesz, że masz na to siłę i chęć. Granice kompetencji chronią nie tylko Ciebie, ale przede wszystkim osoby, z którymi pracujesz.

Czy fakt, że ktoś płaci za usługę bezpośrednio z własnej kieszeni, naprawdę powinien różnicować jakość naszej pracy? Moim zdaniem nie powinien, choć w praktyce często różnicuje, i warto mieć tego świadomość, żeby móc się temu mechanizmowi świadomie przeciwstawić. Niepunktualność, opóźnienia w komunikacji, mniejsza staranność przygotowania – to typowe pułapki, które łatwiej wkradają się do projektów finansowanych z góry, z pieniędzy publicznych, niż do relacji, w której klient płaci Ci bezpośrednio i na bieżąco widzi, co kupuje. Płatność z góry, choć daje poczucie finansowego bezpieczeństwa, niesie ze sobą właśnie takie pułapki – rozluźnienie standardów, poczucie, że „projekt się i tak rozliczy”, nawet jeśli jakość spadnie poniżej tego, co byśmy oferowali w relacji komercyjnej.

Warto też zadać sobie pytanie, czy słowo „beneficjent” samo w sobie nie tworzy niepotrzebnego dystansu władzy – takiego, w którym to my, wykonawcy, jesteśmy w pozycji dającej, a druga strona w pozycji biorącej, bez realnej podmiotowości i głosu w kształtowaniu tego, co dla niej przygotowujemy. Profesjonalizm w działaniach charytatywnych oznacza między innymi to, żeby traktować odbiorcę naszej pracy tak samo poważnie, niezależnie od tego, czy płaci pełną cenę rynkową, symboliczną złotówkę, czy nie płaci wcale, bo korzysta z usług sfinansowanych grantem.

Dlatego działania koordynatorskie w sektorze społecznym i kulturalnym wymagają niezwykłej asertywności wobec samego siebie, silnej postawy moralnej oraz jasno sprecyzowanych, spisanych celów i założeń projektu, których twardo się trzymamy – niezależnie od tego, czy ktoś nas w danym momencie rozlicza, czy nie.

 


5. Ryzyko bliskości – gdzie kończy się profesjonalna empatia, a zaczyna przeciążenie


Uważam, że aby koordynować działania społeczne, trzeba mieć ogromne pokłady samoświadomości, silny kręgosłup moralny i otwartość na krytykę – zarówno wewnętrzną, jak i zewnętrzną. Jednocześnie trzeba silnie wierzyć w sensowność swojego projektu. W tym miejscu jestem bezkompromisowa: na każdym kroku, w labiryncie projektów, fundacji i środków publicznych, trzeba mieć odpalony wewnętrzny kompas wartości.

Czy profesjonalizm i empatia się wykluczają? Nie. Ale wymagają świadomego, stałego kalibrowania. Nie da się ustawić tej równowagi raz na zawsze – to praktyka, którą trzeba powtarzać z każdą nową osobą, każdym nowym projektem, każdą kolejną edycją programu. Pytania, które zadaję sobie na początku każdej inicjatywy, to przede wszystkim: po co to robię? Co mi to daje? Co ma to dać społeczności, do której kieruję działanie? Czasem szczera odpowiedź brzmi po prostu: „pieniądze” – i wtedy zaczynam się zastanawiać, czy tego samego celu nie dałoby się zrealizować w formule czysto komercyjnej. Czasem z kolei zaprojektowanie działania społecznego wydaje mi się najlepszą, a niekiedy nawet jedyną realną metodą na uzyskanie za nie godziwej zapłaty w sektorze, w którym czysto komercyjne zlecenia bywają trudne do realizacji. Wtedy zawsze szukam „drugiego dna” – staram się nadać sens zarówno pracy, jak i samemu działaniu, ustalam wskaźniki powodzenia oraz granice mojego profesjonalnego zaangażowania. Definiuję je zawsze na początku, na chłodno, zanim wejdę w relacje i zależności emocjonalne, bo później – kiedy jestem już w środku procesu – dużo trudniej zachować trzeźwe, obiektywne myślenie. Wszystko spisuję w notatkach na starcie projektu – w końcu to, co niezapisane, nie istnieje. [uśmiech]

Na początku, w trakcie – czasem kilkukrotnie – i na końcu każdego projektu robię sobie podsumowanie i sprawdzam, sama albo z kimś zaufanym, czasem z terapeutką:

  • czy trzymam się planu,
  • czy moje wskaźniki w ogóle działają i czy je widzę,
  • czy w pewnym momencie nie zaczynam czuć się źle, przeciążona,
  • czy nie łapię się na prokrastynacji.


To dla mnie niezwykle czułe narzędzie, działające trochę poza moją świadomą kontrolą, pokazujące, że coś jest „nie halo”. Czasem to głód fizyczny, którego nie zauważałam przez cały dzień, bo byłam pochłonięta pracą, a czasem głód sensu albo wyraźny sygnał, że pozwoliłam sobie na zbyt duże przekroczenie własnych granic.

Jest sporo czynników, które mogą zachwiać cienką granicę między postawą profesjonalnie empatyczną a nadmiernym poświęcaniem się i angażowaniem emocjonalnym ponad miarę.

Sygnały alarmowe, które warto nauczyć się u siebie rozpoznawać, to między innymi:

  • przynoszenie pracy do domu i przenoszenie zawodowego stresu na bliskie osoby;
  • ruminowanie – czyli wielogodzinne, natrętne rozmyślanie o sytuacji życiowej osób, które wspierasz;
  • poświęcanie swojego prywatnego czasu ponad umówiony zakres;
  • nieadekwatne zmęczenie pracą albo jej unikanie, mimo że wcześniej sprawiała satysfakcję.

W takim przypadku warto zatrzymać się na chwilę i sprawdzić ze sobą, co się właściwie dzieje.

Jestem oczywiście zapaloną zwolenniczką superwizji oraz koleżeńskich interwizji we wszelkich działaniach społecznych i kulturalnych. Jeśli masz taką możliwość, zawsze wpisuj koszt superwizji w budżet projektu. Jeśli nie masz takiej możliwości finansowej, warto przynajmniej przygotować z zespołem wcześniejszy scenariusz działania na ewentualność takiej potrzeby – kto, kiedy i w jaki sposób może Cię wesprzeć, kiedy poczujesz przeciążenie. Ewentualnie skorzystaj z rozmowy z profesjonalistą – psychologiem lub coachem. Złapanie obiektywnej perspektywy z zewnątrz bywa w takich momentach zbawienne.

 


6. Podsumowanie i pytania do autorefleksji


Wróćmy do pytania, od którego zaczęłam: czy bliskość i profesjonalizm w kulturalnej działalności charytatywnej się wykluczają? Dla mnie odpowiedź brzmi jasno: nie – ale tylko wtedy, gdy świadomie o tę równowagę zabiegasz, dzień po dniu, projekt po projekcie.

Zaczęliśmy od uznania, że Twoja twórcza, charytatywna praca to praca w pełnym tego słowa znaczeniu – zasługująca na uczciwe wynagrodzenie, jasne granice i szacunek, także we własnych oczach. Przeszliśmy przez znaczenie języka, którym opisujesz siebie i swoją rolę, przez pytanie o to, czy „klient” i „beneficjent” to naprawdę różne kategorie, czy raczej różne etykiety tej samej odpowiedzialności. Zatrzymaliśmy się przy fałszywej empatii – przy pokusie, by mylić poczucie misji z niezdrową potrzebą bycia niezastąpioną, i przy prostej, ale trudnej prawdzie, że to zawsze Ty ponosisz odpowiedzialność za jakość relacji, którą budujesz. Przyjrzeliśmy się szarej strefie działań finansowanych z góry, w której łatwo o rozluźnienie standardów tylko dlatego, że nikt bezpośrednio nie płaci za Twoją usługę – i uznaliśmy, że jakość pracy nie powinna zależeć od tego, skąd płyną pieniądze. Na końcu spojrzeliśmy na ryzyka zatarcia granic profesjonalizmu, na sygnały ostrzegawcze wypalenia i na narzędzia, które pozwalają je wcześnie wyłapać: wskaźniki, notatki, superwizję, zaufaną osobę do rozmowy.


Jedna myśl, z którą chcę Cię zostawić na koniec:

bycie blisko drugiego człowieka i bycie profesjonalistką czy profesjonalistą to nie są dwa przeciwstawne bieguny, między którymi musisz wybierać. To dwa podstawowe filary pracy z drugim człowiekiem. Twoja wrażliwość jest zasobem, nie słabością. Twoje granice są wyrazem szacunku do siebie i do osób, którym pomagasz, nie brakiem serca. A Twoja praca – nawet jeśli ma charytatywny wymiar – zasługuje na tę samą powagę, jaką dajemy każdemu innemu zawodowi.

 


Pytania do autorefleksji:

  • Zanim odłożysz ten tekst, zatrzymaj się na chwilę z poniższymi pytaniami. Możesz zapisać odpowiedzi, wrócić do nich za miesiąc i sprawdzić, czy się zmieniły.
  • Jakim językiem opisuję swoją pracę twórczą i charytatywną – wobec innych i wobec samej/samego siebie? Czy pomniejszam ją w rozmowach, choć nie zrobił(a)bym tego wobec cudzej pracy?
  • Czy traktuję osoby korzystające z moich działań projektowych inaczej niż klientów płacących mi bezpośrednio – i jeśli tak, to dlaczego?
  • Co konkretnie daję od siebie w swoich projektach społecznych, a czego w zamian oczekuję – i czy kiedykolwiek wypowiedziałam to sobie na głos?
  • Gdzie dokładnie przebiega granica mojej roli w danym projekcie – i co się dzieje, kiedy czuję pokusę, by ją przekroczyć?
  • Czy moja praca w projektach finansowanych z góry ma taką samą jakość, jak praca, za którą ktoś płaci mi bezpośrednio, patrząc mi w oczy?
  • Po co ja to właściwie robię – co mi to daje, a co ma dać społeczności, do której kieruję swoje działanie? Czy znam szczerą odpowiedź, czy tylko tę, którą wygodnie wpisać do wniosku grantowego?
  • Jakie mam u siebie sygnały ostrzegawcze przeciążenia – oraz kto i jak, poza mną samą/samym, może mi o nich przypomnieć, kiedy przestanę je zauważać?


Trzymam kciuki za nas wszystkich i wszystkie. Za rozwój trzeciego sektora, wzrastanie i rozwijanie naszych działań. Dla dobra nas samych i ogółu.

 

Tekst: Justyna Krasuska

Justyna Krasuska. Od 2018 roku prowadzi Poradnię Psychologiczną Dobry Czas, a od 2019 Fundację Psychoedukacyjną Synergia. Wieloletnia wolontariuszka Teatru Osób z Niepełnosprawnościami. Zapalona miłośniczka artystycznej ekspresji i nieskrępowanej wolności do wyrażania siebie.