CZYTAJ

EDUKACJA | Jak nie spieprzyć życia swojemu dziecku

2020-03-23

Czas czytania 16 minut

„Jak nie spieprzyć życia swojemu dziecku – wszystko, co musisz zrobić, żeby edukacja miała sens.”
Autor książki Mikołaj Marcela
Wydawnictwo Muza


Jak nie spieprzyć, życia swojemu dziecku... czyli jak nie spieprzyć przyszłości dorosłemu. Na naszych oczach z powodu wirusa, a może dzięki wirusowi w edukacji dzieje się „zmiana”. Wczoraj tablica, ławki i nauczyciel... dzisiaj komputer, telefon i... Czy nauczyciele są przygotowani do tej zmiany merytorycznie, technologicznie i mentalnie? Czy są do niej przygotowane dzieciaki oraz ich rodzice? Co się powinno zmienić, aby przyszły dorosły, mógł wspominać marzec 2020 roku jako wspaniały zbieg okoliczności... O przyszłości edukacji rozmawiamy z Mikołajem Marcelą.

Od tygodnia dzieciaki szkół podstawowych siedzą w domu i… z informacji przesłanej od dyrektora szkoły wynika, że mają przerabiać materiał zadany przez nauczycieli, a rodzice mają egzekwować od nich postępy nauki. Czy Twoim zdaniem tak to właśnie powinno wyglądać?

Jestem zdziwiony, że to mówię, ale w tym momencie to akurat wbrew zaleceniom kuratoriów. Przez pierwsze dni kwarantanny szkoły nie działają, więc nie mogą prowadzić dydaktyki. Dzieci więc nie muszą przerabiać materiału, nauczyciele z kolei nie powinni egzekwować od nich wykonania zadań. To się zapewne zmieni już niebawem, czego bardzo żałuję. Bo to byłaby idealna sytuacja, by inaczej podejść do edukacji: zawiesić wykonywanie podstawy programowej, zaprzestać oceniania i zadawania rzeczy do domu. Nie mam niestety złudzeń, że to się uda, a szkoda, bo to byłoby wszystko to, czego potrzebuje teraz polska szkoła. A jak powinna wyglądać ta sytuacja? Powinniśmy wykorzystać bogactwo zasobów e-learningowych, na przykład bezpłatne kursy online (w Khan Academy, serwisie Coursera czy Liceum w Chmurze), ale też nauczyć dzieci, jak korzystać z sieci: szukać źródeł i sposobów uczenia się (mamy przecież wykłady na TED czy znakomite kanały naukowe na YouTube). Nie trzeba zadawać materiału do wykonania, czyli de facto realizować ćwiczeń z podręczników – zamiast tego powinniśmy wykorzystywać w końcu na szerszą skalę metodę projektową czy studiach przypadków (case study). W ten sposób nareszcie uczynilibyśmy z uczniów podmioty, a nie przedmioty kształcenia. W obecnej sytuacji to młodzi ludzie mogliby w większym stopniu przejąć ster edukacji i samodzielnie realizować stawiane przed nimi przez nauczycieli wyzwania. Niestety na to wszystko – mimo tego, że mamy XXI wiek – nie jesteśmy przygotowani. Głównie dlatego, że szkoła nadal tkwi w XIX wieku, korzystając na co dzień z przestarzałego modelu pruskiego...


Z informacji, które uzyskałam od dzieci… pierwszy odruch, jaki miały po przeczytaniu listy informacji od nauczycieli to: „Nie chce mi się tego robić”. Natłok informacji, które uzyskały, przytłoczył nie tylko dzieci, ale i rodziców. Jak się odnaleźć w takiej sytuacji?


No właśnie, nasza edukacja tkwi w XIX wieku. Tylko o ile 200 lat temu, kiedy dziecko przychodziło do szkoły, mogło doświadczyć czegoś niezwykłego – otrzymywało informacje i wiedzę na temat świata, który nie był dla niego dostępny. Przecież nie było możliwości, by podróżować po świecie, książki były luksusem, a innych mediów nie było. Szkoła była oknem na świat. Dziś jest powrotem do XIX-wiecznej wioski – na lekcjach polskiego czytamy lektury sprzed kilkudziesięciu czy kilkuset lat, które poruszają problemy całkowicie obce młodemu pokoleniu, na lekcjach biologii czy fizyki poznajemy niezrozumiałą teorię i encyklopedyczną wiedzę zamiast doświadczać świata za pośrednictwem eksperymentów, na matematyce rozwiązujemy nudne ćwiczenia zamiast mierzyć się z matematycznymi quizami i zagadkami. Nauka potrafi być fascynująca i to udowadniają osoby prowadzące wspomniane kanały na YouTubie, które oglądane są przez dziesiątki, a nawet setki tysięcy młodych ludzi. Z drugiej strony, ilekroć coś gotuję albo po prostu robię coś w kuchni, zawsze odczuwam potrzebę zrozumienia procesów, które zachodzą na moich oczach. W tej nowej sytuacji dobrze jest wykorzystać szansę, jaką dostali młodzi ludzie: mogą spędzać czas w domu, nierzadko ze swoimi rodzicami, którzy – owszem są zapracowani i mają mnóstwo rzeczy na głowie – ale którym można też towarzyszyć właśnie w kuchni, garażu czy w innych czynnościach domowych i uczyć się w praktyce. Poczuć na własnej skórze, jak fajna może być taka naturalna edukacja domowa wynikająca z autentycznego doświadczenia i przeciwstawić ją szkolnej edukacji, która jednak opiera się cały czas na teoretycznym poznawaniu świata.

A sama szkoła? Dzieciaki mówią, że jest nudna. Wydaje mi się, że część dzieci stara się nie myśleć o tym, czego i po co się uczą, jest to obowiązek, „rodzice/nauczyciele każą, więc trzeba". Kolejna grupa to dzieci, które słyszą od rodziców/nauczycieli, że „muszą się uczyć, aby mieć lepszą przyszłość od innych”. I ostatnia to dzieci zadające pytania „po co to jest". Co zrobić w sytuacji, kiedy ma się dziecko z tej trzeciej grupy?

Przewrotnie powiem, że jeśli młodzi ludzie będą się nadal uczyć tak, jak teraz tego od nich wymagamy, na pewno będą miały gorszą przyszłość. Ken Robinson już kilka lat temu słusznie zauważył, że nad naszą cywilizacją krążą widma dwóch wielkich katastrof: ekologicznej i edukacyjnej. Tej pierwszej doświadczamy od dłuższego czasu: teraz jest epidemia koronawirusa, która w dużej mierze wynika z szaleńczego sposobu funkcjonowania zachodniej gospodarki, nieustannej cyrkulacji ludzi i towarów na globalną skalę, ale przypomnę, że jeszcze dwa miesiące temu żyliśmy doniesieniami o pożarach w Australii i topieniu się lodowców na obu biegunach. Natomiast katastrofy edukacyjnej chyba wciąż nie dostrzegamy i to pomimo obecnego zamieszania. Uczymy się wprawdzie zdalnej edukacji, poznajemy nowe narzędzia cyfrowe i wykorzystujemy platformy e-learningowe, ale sam model uczenia najprawdopodobniej pozostanie ten sam. Za moment powrócimy do realizacji podstawy programowej, wystawiania ocen, uczenia przedmiotowego, robienia sprawdzianów i egzaminów, czyli wszystkiego tego, co jest szkodliwe w edukacji. Oczywiście to fundamenty szkoły, jaką znamy, ale właśnie te fundamenty sprawiają, że młodzi ludzie nie chcą się uczyć, również dlatego, że nie rozumieją sensu takiej nauki. I ja im się nie dziwię. Zresztą, neurobiologia i neurodydaktyka od wielu lat dostarcza informacji na temat tego, jak funkcjonuje ludzki mózg i dzisiaj już wiemy, że on nie najlepiej sprawdza się jako narzędzie do zapamiętywania informacji. Jest za to niezwykle plastycznym i elastycznym narzędziem do rozwiązywania problemów. To co znane i podane w nieciekawy sposób, w żadnej mierze na niego nie wpływa. Szkoła więc nie wywiera pozytywnego efektu na nasze uczenie się, wywiera najczęściej negatywny wpływ, wywierając presję na uczniów i powodują podniesienie poziomu stresu. A gdy pojawia się wysoki poziom stresu, nie ma mowy o nauce. Dlatego młodzi ludzie nie tylko nie uczą  się, bo nudzi ich forma i treść tego, czego uczą się w szkole, ale także dlatego, że są zestresowani i przemęczeni. By proces uczenia się był skuteczny, nauce powinien towarzyszyć entuzjazm, silne emocje i przede wszystkim praktyczne działanie. Tak długo, jak my, dorośli – czyli rodzice, nauczyciele, dyrektorzy szkół i osoby zarządzające edukacją w Polsce – nie odrobimy tej lekcji, nic się nie zmieni. A jeśli chcemy, by dzieci odrabiały swoje lekcje, zacznijmy może od siebie i nauczmy się w końcu, jak uczy się ludzki mózg i jak mu w tym pomagać w ramach edukacji szkolnej.

Poruszasz w swojej książce „Jak nie spieprzyć życia swojemu dziecku - wszystko, co możesz zrobić, żeby edukacja miała sens” temat zmiany obecnego funkcjonowania szkoły. Myślę, że to jest najtrudniejszy temat. Sama wiem, jak wygląda rozmowa z dyrektorem podstawówki i mam wrażenie, że jest to misja skazana na porażkę.

Jasne, pierwsze rozmowy są zawsze skazane na porażkę. Nawet sobie nie wyobrażasz, ile razy przeprowadzam te same rozmowy z tymi samymi ludźmi, próbując ich przekonać do zmiany perspektywy na daną rzecz. To są często bardzo otwarci ludzie, ale funkcjonują w ramach pewnych schematów i przyzwyczajeń, które ciężko im przekroczyć. Przede wszystkim myślą o edukacji w ramach tej opowieści, którą wszyscy znamy i którą wszyscy bezwiednie powtarzamy. Tym, co ostatecznie wpływa na zmianę ich perspektywy, są moje działania. Niezależnie od sceptycyzmu osób wokół mnie, cały czas wprowadzam w życie nowe rozwiązania i próbuję pokazać na moim przykładzie, jak mogą być one skuteczne. Od kiedy uczę, a w tym roku będzie to już 10 lat, mniej lub bardziej świadomie tworzyłem w miejscach mojej pracy kulturę uczenia się. Teraz widzę, jak po tych wielu latach to przynosi efekty. Na sztuce pisania, czyli kierunku studiów, którego jestem aktualnie wicedyrektorem, pozwalamy sobie wszyscy na wiele eksperymentów dydaktycznych – dla przykładu mój kolega w zeszłym semestrze zamiast przeprowadzić egzamin ze swojej przedmiotu, poprosił studentów o samodzielne przygotowanie egzaminu wraz z odpowiedziami przy użyciu notatek oraz zasobów Internetu. Nie zrobił tego dlatego, że go o to poprosiłem – po prostu po tych latach uczenia się od siebie, kombinujemy, jak zrobić, by nauka była dla naszych studentów kreatywnym zajęciem. Zmiana nie dokona się sama, nie przyjedzie rycerz na białym rumaku i w cudowny sposób nie zmieni systemu. Zresztą, nie ma żadnego systemu niezależnego od nas – to my go tworzymy swoimi zachowaniami, przyzwyczajeniami i przede wszystkim podejmowanymi działaniami. Jeśli chcemy zmieniać edukację, powinniśmy wszyscy zaczynać od siebie – zarówno rodzice, jak i nauczyciele czy dyrektorzy szkół. Kiedy inne osoby dostrzegą, że można inaczej, istnieje duża szansa, że zaczną postępować tak jak my. Na ten moment nie widzę innej, ale i skuteczniejszej możliwości przeprowadzenia zmian.

Kolejny trudny temat to nauczyciel jako mentor. Mam wrażenie, że nauczyciele stali się obecnie robotami przekazującymi wiedzę. Uczą dokładnie tak, jak opisujesz 3xZ zakuj, zalicz, zapomnij. Nie potrafią inaczej. Wiem, że mogą uczyć inaczej. Mój tata jest emerytowanym nauczycielem, wiem jaki miał kontakt z uczniami, bo chodziłam często do jego szkoły i widziałam, jak dzieciaki się zachowują w jego towarzystwie, na przerwach rozmawiali z nim, nie mogli się doczekać lekcji… Teraz tego się nie spotyka. A może się spotyka, tylko nie słychać o takich nauczycielach… Jak zachęcić nauczycieli do tego, żeby byli… no właśnie jacy?

Na szczęście nadal są tacy nauczyciele i jest ich całkiem sporo. Nauczyciele na pewno są zmęczeni – z jednej strony mają bardzo dużo pracy administracyjnej, z drugiej są słabo opłacani. Wiele do życzenia pozostawiają także studia nauczycielskie w Polsce, które mam wrażenie zupełnie nie zauważyły bardzo głębokich zmian kulturowych, społecznych i technologicznych, jakie zaszły w naszej cywilizacji w ostatnich trzech dekadach. Problemem pozostaje także kultura pracy w wielu szkołach – młodzi nauczyciele wchodzą w środowisko, które bardzo szybko wpływa na ich sposób myślenia i działania. Ale są też wzorce do naśladowania, osoby, które nie tylko stosują w swojej pracy innowacyjne metody uczenia, są także niezwykle wyczulone na potrzeby uczniów i na co dzień towarzyszą im w ich nauce. Swoją książkę kieruję do rodziców i myślę, że również tutaj mają oni olbrzymie pole do działania. Pamiętajmy, że młodzi ludzie chętniej uczą się od osób, które lubią i które są dla nich naturalnymi autorytetami. Oczywiście nieszablonowe podejście do uczenia  - na przykład odchodzenie od oceniania albo wprowadzanie możliwości samooceny, odchodzenie od przeprowadzania testów i sprawdzianów, luźniejszy stosunek do przerabiania materiału z jednej strony budzi niezadowolenie innych nauczycieli i nierzadko dyrektorów szkół, z drugiej pretensje rodziców przyzwyczajonych do tradycyjnego sposobu funkcjonowania edukacji. By nauczyciele byli otwarci i pracowali z entuzjazmem, potrzebują zaufania i wsparcia rodziców, podejmowania wspólnych działań i otwartości na dialog. Edukacja to przede wszystkim relacje – także te na linii rodzice-nauczyciele i dyrektorzy szkół. Jeśli rodzice będą stać murem za nauczycielami, którzy sprawiają, że dzieci chcą się uczyć i chodzą do szkoły z radością, być może pozostali nauczyciele przemyślą swój sposób uczenia i podejścia do młodych ludzi. Co ważne, jestem przekonany, że sporo też zdziała nowe podejście do kształcenia nauczycieli – już teraz na poziomie akademickim dostrzegam wiele pozytywnych zmian, które powinny wpłynąć na sposób pracy nauczycieli w szkołach w niedalekiej przyszłości.

Problem jest też taki, że rozmowa z nauczycielem nie jest konstruktywna. Może na chwilę coś się zmieni, a po chwili wszystko wraca na stare, utarte tory… Czyli, jest dużo materiału, musimy gonić, musicie się uczyć, zaliczać, bo egzaminy, a jak nie to źle skończycie… Zastanawiam się co to znaczy, że dzieci źle skończą?

To ja powiem tak: dzieci na pewno nie skończą źle, jeśli nie przerobią materiału czy nie zaliczą egzaminu. Nie skończą także źle, jeśli dostaną słabą ocenę. Jesteśmy dorośli, funkcjonujemy na rynku pracy od krótszego lub dłuższego czasu, ale wiemy, co interesuje potencjalnego pracodawcę: nie oceny, egzaminy czy przerobienie materiału. Jego z jednej strony interesują kompetencje i umiejętności, z drugiej charakter. A w przyszłości coraz częściej będziemy też sami tworzyć swoje miejsca pracy i zmieniać zatrudnienie – musimy więc nauczyć się samodzielności i odpowiedzialności. Z kolei bardzo wielu młodych ludzi, którzy wchodzą na rynek pracy, narzeka, że nie mają pojęcia o tym, jak on funkcjonuje – nie znają się na podatkach, nie potrafią się odnaleźć w nowej sytuacji. A akurat praca nad tym wszystkim jest zupełnie nieobecna w szkole. Dlatego jestem zwolennikiem nie przykładania nadmiernej wagi do edukacji w szkole – pomyślcie sami: jeśli dany nauczyciel zacznie notorycznie wystawiać jedynki całej klasie, to nie będzie problem z klasą, tylko z nauczycielem. A na szerszą skalę z modelem szkoły, w którym funkcjonują młodzi ludzie. Oni przecież wiedzą, że to, co robią w szkole jest bez sensu i zupełnie nie przyda im się w życiu – mają Internet, widzą, jak wygląda życie, są tego równie świadomi jak my. To między innymi sprawia, że tak wielu z nich cierpi dziś na depresję i popełnia samobójstwa – przypominam, że jesteśmy jako Polacy na drugim, a niektórzy twierdzą nawet, że na pierwszym miejscu w Europie, jeśli chodzi o samobójstwa wśród młodzieży.  Moja porada jest więc taka: rozmawiajmy z tymi nauczycielami, którzy są otwarci na dialog. Wspierajmy ich. Ale rozmawiajmy też z tymi, którzy nie są otwarci na zmiany – próbujmy do skutku dla dobra dzieci. A jeśli się nie uda, zróbmy wszystko, by wspólnie z młodymi ludźmi znaleźć sposób na obejście tej sytuacji najmniejszym możliwym kosztem.

Kolejny trudny temat to sport i pasje dzieci, które przez nauczycieli są traktowane jako zbędne elementy, które przeszkadzają w prawdziwej nauce. Jak wyjaśnić nauczycielowi, że dziecko, które jest w klasie sportowej, ma więcej obowiązków, że praca domowa nie jest możliwa do wykonania, kiedy w szkole dziecko jest od 7.00 do 18.30… Dzieciaki, które mają pasje sportowe najczęściej z nich rezygnują w obliczu natłoku nauki. A później mamy problem z młodymi sportowcami, których jest za mało…

Znów, zróbmy wszystko, by pomóc młodej osobie w realizacji pasji. Jeśli mam być szczery, w szkole podstawowej i średniej właściwie nigdy nie robiłem zadania domowego – zawsze starałem się je spisać od moich kolegów i koleżanek na przerwie przed zajęciami. Po prostu było mi szkoda czasu na takie odtwórcze działania, a że miałem pozwolenie na takie podejście do nauki od moich rodziców, zyskiwałem czas na przykład na kilkugodzinne codzienne ćwiczenie na perkusji przez cały okres liceum. To również pole do prowadzenia rozmów, ale i wspierania pasji dziecka przez rodziców. Jeśli młody człowiek wie, że może liczyć na pomoc rodziców w spokojnym rozwijaniu swoich zainteresowań i talentów, będzie to robił. Polecałbym nam wszystkim, żebyśmy po prostu nauczyli się odpuszczać te obszary edukacji, które nie są istotne dla dzieci – średnia ocen naprawdę nie ma żadnego znaczenia i nie jest żadnym miernikiem tego, jakim człowiekiem jest nasze dziecko.

A co po koronawirusie, jakie szkoły powinny wyciągnąć wnioski i jak się zmienić?

Po pierwsze myślę, że powinniśmy skończyć z ignorowaniem możliwości, jakie dają w edukacji nowe technologie, Powinniśmy z nich korzystać w szkołach na zajęciach, nie tylko wykorzystując zasoby Internetu, ale także na przykład kręcąc filmy za pomocą telefonów komórkowych czy prowadząc swój profil na Instagramie, na którym publikujemy recenzje przeczytanych książek albo obejrzanych filmów. Po drugie sądzę, że powinniśmy przemyśleć dotychczasowy model szkoły – obecna sytuacja unaocznia właściwie wszystko to, o czym piszę w „Jak nie spieprzyć życia swojemu dziecku”. Uświadamia nam, jak ważne są relacje na linii nauczyciel-uczeń: tam, gdzie były one rozwijane przed kwarantanną, nie ma żadnych problemów, wszystko działa jak należy. Tam, gdzie nauczanie sprowadzało się do żmudnego przerabiania materiału i zadawania obszernego materiału do przerobienia, tam teraz mamy problem – dzieci i rodzice buntują się jeszcze bardziej niż wcześniej. Po trzecie, mam nadzieję, że wyciągniemy wszyscy wnioski, że istnieją bardzo efektywne metody uczenia, z których nie korzystamy, a które z jednej strony mogą odciążyć nauczycieli w nauczaniu, z drugiej zaś zaktywizować uczniów i dać im poczucie sprawczości w procesie uczenia się – jak w przypadku wspomnianej przeze mnie metody projektowej. Życzyłbym sobie też, by nauczyciele oraz rodzice dostrzegli, że młodzi ludzie – mimo chaosu i zagubienia – potrafią się samodzielnie odnaleźć w tej sytuacji, a jedyne czego im trzeba, to zaufanie i wsparcie: zarówno w domu, jak i w szkole.

Rozmawiała Maja Ruszkowska-Mazerant
Zdjęcie autora książki: Ania Czakon
Zdjęcie tła do książki: Youssef Naddam / Unsplash.com



REKLAMA

POLECAMY