Rosjanka, Amerykanin i Kanadyjczyk dzielą się wrażeniami z pobytu na polskich uczelniach. Wspominają problemy z przełamaniem barier językowych i mówią o różnicach w mentalności. Spójrz na Polskę oczami obcokrajowców.

Dlaczego Polska? Co sprawiło, że wybraliście właśnie ten kraj?

Michael Rabinovitz: Decyzja o studiach na Wydziale Operatorskim w PWSFTViT [Państwowej Wyższej Szkole Filmowej, Telewizyjnej i Teatralnej im. L. Schillera – przyp. red.] w Łodzi nie była zupełnie zwariowanym pomysłem, ponieważ wcześniej mieszkałem w Warszawie. Kiedy miałem 14 lat, wraz z mamą i ojczymem przeprowadziłem się z Bostonu w stanie Massachusetts i spędziłem 4 lata w American School w Warszawie (do dziś istnieje na Wilanowie). Po ukończeniu szkoły średniej wyjechałem studiować matematykę i filozofię na Oxfordzie, ale bywałem w Polsce 3–4 razy w roku. Po studiach wróciłem do Nowego Jorku, gdzie pracując przy produkcji filmów reklamowych, próbowałem znaleźć sposób na życie i dowiedzieć się, co chciałbym robić. Zacząłem interesować się kinematografią, a już wcześniej słyszałem o łódzkiej szkole filmowej i o tym, jak jest respektowana na całym świecie, poza tym tęskniłem za Europą. Dlatego pewnego dnia obudziłem się i zdecydowałem aplikować do PWSFTViT. Zostawiłem Manhattan dla Łodzi. Większość ludzi uważa, że to było szalone. Możliwe.

Jan Belina-Brzozowski: Moi rodzice są Polakami, ale całe życie mieszkałem i uczyłem się w Quebecku, w Kanadzie. Od zawsze interesowałem się kinematografią, dlatego jeszcze przed przyjazdem do Polski ukończyłem produkcję filmową na Uniwersytecie Concordia w Montrealu. Podczas studiów zdałem sobie sprawę, że marzę o zostaniu operatorem, aby mieć możliwość wpływu na materialną stronę filmu. Niestety, uczelnie kanadyjskie nic nie oferowały w tym zakresie edukacyjnym. Zacząłem szukać podobnej oferty w szkołach całego świata. Skoncentrowałem się na trzech najciekawszych: AFI [American Film Institute – przyp red.] w Los Angeles, NFTS [National Film and Television School – przyp red.] w Londynie i PWSFTViT w Łodzi. Wybrałem Łódź, ponieważ byłem pod ogromnym wrażeniem dorobku polskich filmowców. Pomyślałem, że nie ma lepszej drogi na zdobycie wymarzonego wcześniej zawodu niż uczenie się pod okiem mistrzów. Nie rozczarowałem się. Potencjał tej szkoły polega również na tym, że oferuje zupełnie inny poziom jakości metod edukacyjnych, tak różny od tego, czego doświadczyłem podczas poprzednich studiów w Kanadzie.

Victoria Ogneva: W Rosji ukończyłam Akademię Teatralną w Sankt Petersburgu na wydziale menadżerskim i pomyślałam, że na drugie studia warto byłoby wyjechać gdzieś za granicę. Mój kolega z planu filmowego, który pochodzi z Polski, dużo wspominał o zmianach w Polsce. Opowiadał także o polskiej kinematografii, o jej reformie (m.in. PISF) i polecił mi słynną szkołę filmową w Łodzi. Pomyślałam, że mogę się tam dużo nauczyć. Znając rosyjski i mając „osłuchany” ukraiński i polski, liczyłam również na to, że pomagając sobie na początku angielskim, nie będę musiała poświęcać roku na naukę polskiego i że od razu przystąpię do nauki filmowej profesji. Na naukę w angielskojęzycznych szkołach po prostu nie mogłabym sobie pozwolić finansowo. Rosję i Polskę dużo łączy – w kulturowym i historycznym sensie. Rozwój Polski jako kraju demokratycznego jest jednak o wiele szybszy i skuteczniejszy niż w Rosji. Mając podobne problemy po wyjściu z socjalistycznego obozu i uniezależnieniu się od ZSRR, Polska radzi sobie dużo lepiej z reformami niż moja ojczyzna i jest dobrym przykładem dla krajów byłego Związku Radzieckiego. Pomyślałam sobie, że będę mogła kiedyś wykorzystać tę wiedzę również u siebie. Dla mnie taki wyjazd stał się nie tylko możliwością nauki zawodu, ale również możliwością poznania nowej kultury, nauczenia się nowego języka, poznania nowych ciekawych ludzi.

W jaki sposób traktowany jest student zagraniczny w Polsce? Czy może liczyć na taryfę ulgową, czy jest stawiany na równi z innymi studentami? I czy wykładowcy dostosowują język zajęć do jego potrzeb?

V.O.: Na Wydziale Organizacji Sztuki Filmowej byłam pierwszym obcokrajowcem, więc na początku trochę nie wiedziano, co ze mną zrobić, o jakich formalnościach muszę pamiętać, jakie ubezpieczenie powinnam mieć itp. Spędziłam sporo czasu, żeby to wszystko ogarnąć. Rozmowę kwalifikacyjną pozwolono odbyć mi w języku angielskim, ale liczyłam się z tym, że od października nauka będzie tylko i wyłącznie po polsku. Równe traktowanie z polskimi studentami było głównym warunkiem postawionym mi tuż po ogłoszeniu listy przyjętych. Musiałam się do tego dostosować. I rzeczywiście, w trakcie studiów nie zauważyłam żadnej ulgi w stosunku do siebie tylko z tego tytułu, że jestem obcokrajowcem. Moja obecność nie zmieniała podejścia wykładowców do języka, którym posługiwali się podczas zajęć. Uważam jednak, że dzięki temu dużo skorzystałam, ponieważ szybciej opanowałam język.

J.B-B.: W szkole filmowej każdy obcokrajowiec, który nie zna języka polskiego, musi wydłużyć studia o rok. Jest to tzw. zerówka, podczas której prowadzony jest intensywny kurs nauki języka wykładowego, który później pozwala swobodniej uczestniczyć w zajęciach. Ja nauczyłem się polskiego dzięki mojej mamie. Niestety, mimo uczestnictwa w zajęciach oferowanych przez „zerówkę”, większość studentów nie mówi po polsku. Dzięki nowym technologiom można jednak ułatwiać sobie komunikację poprzez korzystanie ze słowników w telefonach czy komputerach nawet podczas wykładów. W ten sposób przez 5 lat doskonalimy swoje umiejętności lingwistyczne, aż do momentu, kiedy naszą narodowość zdradza jedynie akcent. Jeśli chodzi o komunikację z wykładowcami, to bywa różnie. Na szczęście zawsze znajdzie się ktoś ze znajomych, kto z chęcią zamieni się w tłumacza. Początki w szkole filmowej są o tyle trudne, że jesteśmy zarzucani dużą ilością branżowego, filmowego żargonu, który raczej nie jest wprowadzany podczas wstępnych zajęć z języka polskiego. Obcokrajowcy są traktowani tak samo jak Polacy, bez taryfy ulgowej.

M.R.: Zauważyłem, że obcokrajowcy są bardzo pozytywnie odbierani w Polsce, chyba lepiej niż rdzenni obywatele. Zaskoczyło mnie to, ponieważ Polacy są wielkimi patriotami, a niezwykle cieszy ich spotkanie z osobą pochodzącą z innej części świata. Jeśli chodzi o kwestię komunikacji, to wykładowcy zazwyczaj starają się dostosować język do zapotrzebowań zagranicznych studentów i wtedy angielski wydaje się najbezpieczniejszą opcją. Łączenie różnych języków, tworzenie lingwistycznych kolaży podczas zajęć bywa zabawą, ale także wyzwaniem. Niestety, istnieją również negatywne strony statusu obcokrajowca. Wydaje mi się, że zdecydowanie trudniej jest studentom pochodzącym z Nigerii czy Japonii niż z Wielkiej Brytanii czy Francji. Takie rasowe stereotypy są chyba jednak aktywne w każdym kraju. Mimo wszystko często narzucam sobie myślenie, że życie w Łodzi jest niebezpieczne. To wyzwala we mnie swoisty instynkt samozachowawczy. Dystans, który czuję do tego miasta, zmniejsza się, kiedy pomyślę o tym cudownym międzynarodowym tyglu, który koncentruje się w szkole filmowej. Spędzamy ze sobą mnóstwo czasu. Każdy jest pomocny i nastawiony na interakcję. Nikt się nie wywyższa, nie zgrywa artysty. Na pierwszym roku studiów założyliśmy wspólnie grupę artystyczną „Odnowa”, która powstała, aby promować międzynarodową sztukę i być platformą wymiany myśli oraz wszelkich pomysłów. To była prawdziwa przyjemność.

A jak oceniacie polskie metody nauczania? Czy różnią się od sposobów edukowania stosowanych w Waszym kraju?

V.O.: Zasadniczą różnicą jest to, że w Polsce jest stosowany system boloński. W Rosji studia są jednolite i trwają minimum 5 lat. Średnią szkołę kończy się u nas o rok wcześniej. W gruncie rzeczy metody nauczania są jednak podobne. Najważniejszą częścią toku nauczania są wykłady. Niestety, mam wrażenie, że program nie nadąża za czasami i zmianami. Z takimi sytuacjami spotykam się na swoim wydziale. Wielokrotnie zdarza się, że uczymy się rzeczy, które nie będą nam już potrzebne w naszym zawodowym życiu, ponieważ są nieaktualne, a wykładowcy pomijają najistotniejsze niuanse czasu teraźniejszego, które z pewnością wzbogaciłyby naszą wiedzę i sprawiły, że kiedyś moglibyśmy ją z powodzeniem wykorzystać. Uważam, że zajęcia powinny być dostosowane do specyfiki studiów. W toku nauczania przewidzianych jest za mało godzin na praktyczne doświadczenie, które jest niezbędne do wykonywania zawodu kierownika produkcji czy producenta. Suche fakty nie wystarczają, aby swobodnie odnaleźć się na rynku. Na szczęście udało mi się zdobyć zawodową wiedzę i umiejętności podczas produkowania etiud studenckich. Chciałabym bardzo, aby Wydział Organizacji Sztuki Filmowej zaczął podobną działalność wspierać i rozwijać się właśnie w tej materii.

J.B-B.: Edukacja w Polsce wygląda podobnie jak w Kanadzie. Metody nauczania są zbieżne. Jedyną zauważalną różnicą jest system oceniania. W Polsce gradacja następuje od 1 do 5, gdzie uzyskanie 3 umożliwia zdanie. Francusko-kanadyjski system oparty jest na procentach, gdzie granica 60% to wynik pozytywny. Moim zdaniem ten system jest zdecydowanie bardziej wymierny. Kiedy każde zadanie przeliczane jest na punkty, a z kolei punkty na procenty, łatwiej porównać się z innymi studentami i zrozumieć, dlaczego akurat w ten sposób zostałem oceniony. W Polsce nie ma takiej możliwości. Ciężko uargumentować otrzymanie oceny dobrej, którą jednocześnie dostało 10 innych studentów. Nie orientuję się, czy system oceniania w całej Polsce jest jednolity, ale na pewno w PWSFTViT rozwiązań procentowych się nie stosuje. W Kanadzie istnieje komisja edukacyjna, która wysyła swoich reprezentantów, aby audytowali zajęcia i sprawdzali kompetencje nauczycieli. W ten sposób rząd kontroluje poziom nauczania i ogranicza czas tracony na powtarzanie materiału podczas innych zajęć. Dzięki temu każdy przedmiot jest inny i wnosi nowe umiejętności i wiedzę.

M.R.: Polskie metody nauczania są zdecydowanie inne od tych praktykowanych w Stanach Zjednoczonych czy w Wielkiej Brytanii. W USA nauczyciele bardziej troszczą się o studentów, którzy sprawiają kłopoty lub w jakiś sposób się wyróżniają. Możesz im pokazać film lub scenariusz, a oni powiedzą: „Jest w porządku. Rozumiem, co próbujesz pokazać. To jest twoja wizja. Nie chciałbym robić niczego, co mogłoby cię zniechęcić do rozwijania tego pomysłu”. A w Polsce usłyszymy nonszalancko wypowiedzianym tonem: „To jest okropne. Nie możesz tego zrealizować. Powinieneś to zrobić tak i tak”. Aby coś zrobić, musisz być bardzo pewny siebie i bronić swoich pomysłów – w przeciwnym razie ktoś narzuci ci swój sposób myślenia. Kiedy ludzie pytają mnie o szkołę, odpowiadam im: jeśli zrobisz film w Łodzi, zrealizujesz go wszędzie. Zapewne dlatego tak lubię Polskę. Każdy może mieć swoje zdanie. W USA na pytanie, czy smak waniliowy jest lepszy od czekoladowego, odpowiesz: wanilia jest fajna albo oba są smaczne w zależności od nastroju. Z kolei w Polsce to samo pytanie spotkałoby się z następującą reakcją: „waniliowy to najlepszy smak i jeśli ktoś twierdzi inaczej, musi być szalony, powiem ci dlaczego…”. Lubię, kiedy ludzie potrafią uargumentować swoje zdanie.

Czy w takim razie identyfikujecie się z Łodzią – miastem, w którym aktualnie studiujecie? I czy różnice kulturowe są dla Was przeszkodą w nawiązywaniu kontaktów, czy spotkaliście się z jakimiś problemami w codziennej komunikacji?

M.R.: Chciałbym identyfikować się z Łodzią, ale szczerze: nie mogę. Tu nie ma alternatyw dla kultury, chyba, że ktoś wybiera kulturę rodem z blokowisk. Wymagam więcej od miejskiej osobowości. Wolę Warszawę, Londyn czy Nowy Jork. Miałem szczęście mieszkać we wszystkich tych miejscach i zapewne dlatego nie potrafię odnaleźć się w Łodzi. Łódź jest trzecim co do wielkości miastem w Polsce, przestrzennie bardzo podobnym do Bostonu, gdzie się urodziłem, ale w żadnym z tych miast nie mógłbym żyć. Biorąc pod uwagę historyczne uwarunkowania, znalazłem się w Łodzi przypadkowo, ponieważ nie planowano tutaj budować szkoły filmowej. Jeśli dobrze pamiętam, to ta decyzja była uwarunkowana ogromnym zniszczeniami Warszawy po II wojnie światowej. Zamiast budować nowe budynki w stolicy rekonstruowano to, co zostało zniszczone. Zresztą Łódź była kiedyś inna, zdecydowanie bardziej otwarta na różnorodność kulturową, co wspaniale odmalował Wajda w „Ziemi obiecanej”. Gdyby to miasto wciąż miało taką formę, bez problemu mógłbym się z nim identyfikować.

V.O.: Na początku miałam problemy z komunikacją z powodu słabej znajomości języka polskiego. Aby załatwić jakieś codzienne sprawy, musiałam, używając słownika, pisać sobie kartki z tekstem, z których później korzystałam w sklepie albo np. w dziekanacie. Teraz już nie mam problemu z mieszkaniem i funkcjonowaniem w Łodzi. Lubię to miasto. Jest niezwykłe, ponieważ ciekawie łączy w sobie atmosferę fabryk z klimatem artystycznym. Kiedy wracałam z wakacji z Petersburga do Łodzi, czułam się jakbym wracała do domu. W moim przypadku różnice kulturowe nie stanowią problemu, ponieważ są właściwie niezauważalne. Wciąż jednak jestem tutaj obcokrajowcem i czasami mogę spotkać kogoś, kto będzie patrzył na mnie jak na kogoś z innej planety. Pogodziłam się z tym, że coś takiego może się zdarzyć.

J.B-B.: Nie chciałbym w ten sposób myśleć, ale chyba nigdy nie zidentyfikuję się z Łodzią, niezależnie od tego, co by mi oferowała. Przyjechałem z dużego, czystego miasta i codzienne poruszanie się po Łodzi przyprawia mnie o zawrót głowy. Nie mogę uwierzyć w to, co widzę. Zawsze wtedy powtarzam sobie: moi kanadyjscy przyjaciele będą myśleli, że wydałem fortunę, aby uzyskać tak apokaliptyczne dekoracje dla mojego filmu, ponieważ nie uwierzą, że to się dzieje naprawdę. Z innej jednak strony uwielbiam to miasto, jest idealne dla studentów szkoły filmowej. Przestrzeń miejska ma niesamowity charakter, różnorodność artystyczną i kulturową. Na pewno kiedyś tu wrócę. Być może po to, aby się zainspirować. Wiem, że odmienność kulturowa stanowi zazwyczaj barierę w zdobywaniu kontaktów, jednak Polacy są niezwykle ciekawi obcokrajowców, co często jest bardzo zabawne.

Czy rozważaliście możliwość pozostania w Polsce i kontynuowania tutaj swojej ścieżki rozwoju?

J.B-B.: Kiedy dostałem się do szkoły 4 lata temu, byłem zadziwiająco pewien, że wrócę do Kanady po ukończeniu studiów. Dzisiaj jednak, kiedy co jakiś czas pojawia się ciekawa oferta współpracy, nie widzę żadnego problemu w pozostaniu tutaj na dłużej. Ewentualny wyjazd z Polski będę rozważał w osobistym kontekście, ponieważ moja dziewczyna również pochodzi z Kanady i jeśli wrócę do Montrealu, to tylko dla niej. Początkowo miałem plany ukończenia słynnej filmówki i powrotu do Kanady, ale w gruncie rzeczy czuję się europejskim twórcą. Wierzę, że możliwości rozwoju, które otrzymałem dzięki studiom tutaj, są bezcenne i jestem wdzięczny Polsce, że odkryła przede mną swoją artystyczną wrażliwość i humanistyczną świadomość. Będę zachwycony, mogąc zostać tutaj do końca życia i mając możliwość realizacji swoich filmowych marzeń.

M.R.: Nie zamierzam zostawać w Polsce, jednak doświadczenie, które zdobyłem podczas studiów na pewno przyda mi się w życiu zawodowym. Aktualnie dużo działam poza granicami Polski, ale jakby wciąż poprzez PWSFTViT. Razem z Pawłem Tarasiewiczem [student Wydziału Operatorskiego – przyp red.] wyjechałem do Australii kręcić dokument, lecz zanim zdecydowałem się na wyjazd na inny kontynent, wybrałem się do Szkocji pomóc Jankowi Belinie Brzozowskiemu [student Wydziału Operatorskiego – przyp red.]. Te projekty pomogą mi w przyszłości jeszcze silniej zaakcentować moją osobowość twórczą. Wprawdzie przeciętna osoba napotkana na ulicy nic nie wie o szkole filmowej, ale ludzie z branży filmowej, z którymi stykam się podczas pracy, doskonale zdają sobie sprawę z reputacji, jaką posiada. Wielu moich znajomych z Nowego Jorku uważa, że każdy utalentowany filmowiec z dziwnym nazwiskiem kończył tę szkołę. Zazwyczaj nie poprawiam ich. Był moment, kiedy wydawało mi się, że tutaj zostanę, ale myślę, że za bardzo tęskniłbym za własną kulturą i językiem. Im jestem starszy, tym bardziej dostrzegam, że szukam rzeczy, ludzi i miejsc, które są do mnie podobne. Zauważyłem jednak, że mam skłonność do rozmyślania o miejscach, w których mnie aktualnie nie ma. Być może kiedyś ta tęsknota sprowadzi mnie do Łodzi raz jeszcze.

V.O.: W tym roku kończę szkołę i mam wielki dylemat, co dalej robić. Bardzo dużo się tutaj nauczyłam. Chciałabym spróbować popracować w Polsce i wykorzystać doświadczenie zdobyte na polskiej uczelni, ale tak naprawdę wszystko zależy od tego, czy będę miała tutaj pracę. No i oczywiście mam zamiar rozwijać koprodukcje filmowe Rosji i Polski.
 
 
Victoria Ogneva – studentka Wydziału Organizacji Sztuki Filmowej w Państwowej Wyższej Szkole Filmowej, Telewizyjnej i Teatralnej im. L. Schillera w Łodzi. Pochodzi z Rosji.
 
 
Jan Belina-Brzozowski – student Wydziału Operatorskiego i Realizacji Telewizyjnej w Państwowej Wyższej Szkole Filmowej, Telewizyjnej i Teatralnej im. L. Schillera w Łodzi. Pochodzi z Kanady.
 
 
Michael Rabinovitz – student Wydziału Operatorskiego i Realizacji Telewizyjnej w Państwowej Wyższej Szkole Filmowej, Telewizyjnej i Teatralnej im. L. Schillera w Łodzi. Pochodzi z USA.
 
 
 
Ze studentami łódzkiej filmówki rozmawiała Karina Forjasz (studentka łódzkiej filmówki)