Maja Ruszkowska-Mazerant, kuratorka treści numeru Klient:

Czy można stworzyć produkt lub usługę, która będzie dla wszystkich? Uniwersalną, dostępną, włączającą – no właśnie jaką powinna być?

Agata Etmanowicz dostępnością zajmuje się od lat. W swoim artykule porusza ważny dziś temat projektowania uniwersalnego. A że to tekst do numeru poświęconego klientowi, punktem wyjścia jest właśnie on – osoba, która ma korzystać z produktu lub usługi, niezależnie od tego, czy jest pełnosprawna, czy z niepełnosprawnościami.

Agata przygląda się tematowi od strony teorii, jak i praktyki. Przede wszystkim jednak patrzy na nie przez pryzmat naszych potrzeb – nas, którymi jesteśmy dziś, którymi byliśmy kiedyś i którymi dopiero będziemy.

Co zawiera artykuł:

1. Dla wszystkich?

2. (Mój) problem z Projektowaniem Uniwersalnym

3. Czy uniwersalne jest w ogóle możliwe?

4. To może projektowanie włączające?

5. Pogadajmy o potrzebach

6. Projektowanie Uniwersalne (w) prawie

7. Dlaczego dostępność?


 

W tekście rzadko używam terminów „klient” i „klientka”, a raczej „użytkowniczka”, „odbiorca”, „publiczność”. Mówię też po prostu o osobach. Nie dlatego, że się słowem „klient” brzydzę, ale dlatego, że w ramach rozważań na temat procesu projektowania – doświadczeń, przestrzeni, komunikacji, przedmiotów, szczególnie w kontekście koncepcji Projektowania Uniwersalnego, projektowania włączającego i dostępności – synonimy są tu po prostu bardziej naturalne.

 

 

Dla wszystkich?

Przyznaję, że jestem zdecydowanie za „dla wszystkich”, przy czym brzmi mi w głowie marketingowe „dla wszystkich znaczy dla nikogo”. Pełna zgoda. Raczej się nie zdarza, żeby coś było dla wszystkich, tzn. rezonowało ze wszystkimi tak samo, odpowiadało na wszystkie gusta i preferencje. Widzę jednak zasadniczą różnicę pomiędzy „dla wszystkich” a wykluczeniem niektórych. Moje „dla wszystkich” oznacza więc: dla wszystkich tych, które i którzy chcą – chcą przyjść, spróbować, uczestniczyć, kupić, założyć, użytkować. Każda z tych osób powinna mieć możliwość i wybór.

Można by więc założyć, że jestem fanką Projektowania Uniwersalnego. Otóż nie całkiem. To może projektowanie włączające? Hmm… Też nie mam pewności. Jednocześnie lubię i nie lubię. Jestem wewnętrznie skonfliktowana. Gdybym miała w jakiś sposób określić swoje afiliacje, to najbardziej stoję po stronie dostępności. Tym bardziej, że nie traktuję jej jako obowiązek, ale definiuję jako wybór. Postaram się to wyjaśnić najlepiej, jak umiem.

Lojalnie uprzedzam, że będę się nieco czepiać – także koncepcji, z których sama czerpałam i wciąż (trochę) korzystam. Chcę podzielić się tu z Wami wątpliwościami, dylematami i pytaniami, które przynosi mi praktyka. Niektóre pojawiły się niedawno, inne wracają od lat. Nie na wszystkie mam odpowiedź.

 

 

(Mój) problem z Projektowaniem Uniwersalnym

Z Projektowaniem Uniwersalnym jest podobnie jak z wieloma innymi koncepcjami: źródło to jedno, a to, co dzieje się z nim w kolejnych (re)interpretacjach i w praktyce – drugie.

Gwoli ścisłości: w tekście używam zarówno zapisu „projektowanie uniwersalne”, jak i „Projektowanie Uniwersalne”. Wielkich liter używam, kiedy odnoszę się do konkretnej koncepcji i jej historii, a małych, kiedy mówię szerzej o podejściu do projektowania.
Zwykle pierwszym skojarzeniem z hasłem „projektowanie uniwersalne” jest Ronald L. Mace. Mace niekoniecznie użył po raz pierwszy tych dwóch słów w zestawieniu, ale to on nadał im moc: sformułował definicję, a potem współtworzył koncepcję, która zyskała rozpoznawalność w środowisku projektowym i akademickim, a także znalazła odbicie w prawie.

Mace był amerykańskim architektem, osobą poruszającą się na wózku i działaczem (dziś powiedziałoby się: osobą samorzeczniczą). To połączenie kompetencji profesjonalnych i własnego doświadczenia ma znaczenie dla całej historii. Podobnie jak moment, w którym rozwijał swoją koncepcję. Był zaangażowany w prace nad amerykańskimi przepisami dotyczącymi dostępności. Znał bariery, ale też ograniczenia podejścia, w którym wystarczy spełnić minimalne wymagania. Dostrzegał również opór środowiska projektowego wobec dostępności kojarzonej z prawnym nakazem, dodatkowymi kosztami i wątpliwą („instytucjonalną”) estetyką. Sięgał więc po język korzyści: atrakcyjności, szerokiej użyteczności i opłacalności. Nowy termin pomagał opowiedzieć o projektowaniu, w którym dostępność jest częścią pomysłu od początku.

Za ważny moment tej historii zwykle wskazuje się rok 1985 i artykuł Mace’a „Universal Design: Barrier Free Environments for Everyone” w magazynie „Designers West”. Tak definiuje wtedy projektowanie uniwersalne: „(...) to po prostu sposób projektowania budynku lub obiektu przy niewielkim dodatkowym koszcie albo bez niego, tak aby był zarówno atrakcyjny, jak i funkcjonalny dla wszystkich ludzi, z niepełnosprawnościami lub bez”1.

W 1997 roku Mace jest w składzie dziesięcioosobowego, interdyscyplinarnego zespołu Center for Universal Design, który opracowuje siedem Zasad Projektowania Uniwersalnego. Towarzysząca im definicja mówi już szeroko o „projektowaniu produktów i otoczenia w taki sposób, by były one użyteczne dla wszystkich ludzi, w możliwie największym stopniu, bez potrzeby adaptacji lub specjalistycznego projektowania”. Koncepcja zyskuje uporządkowane ramy i wskazówki do stosowania w różnych dziedzinach projektowania.
Rozumiem siłę tej opowieści. Sama z niej korzystam. Ale jest „ale”...

Starając się namówić do myślenia w kategoriach dostępności czy pomagając innym w rzecznictwie za rozbudowywaniem katalogu narzędzi dostępności w organizacjach i instytucjach, sięgam po argumenty szerokiej użyteczności, „korzyści dostępności”. Opowiadam o genialnym działaniu przedprzewodników, które świetnie pracują nie „tylko” ze swoją „oryginalną grupą docelową” (tj. osobami z niepełnosprawnościami intelektualnymi, osobami neuroatypowymi). Są doskonałym narzędziem dla osób, które na co dzień nie korzystają z oferty kulturalnej, nigdy nie były w danym miejscu, na danym wydarzeniu czy też dla tych, które przygotowują się do zabrania ze sobą grupy. Są o tym, kto korzysta z ramp, najazdów i wind (i dlaczego „wszyscy”); o tym, komu i w jak wielu różnych okolicznościach przydają się napisy i napisy rozszerzone; o tym, że audiodeskrypcja może być doskonałym uzupełniającym narzędziem edukacyjnym.

Mówię o tym, jak to dostępne narzędzia komunikacji – strona internetowa, media społecznościowe – wpływają na pozycjonowanie; jak używanie prostego języka poprawia doświadczenie większości publiczności; jak przekłada się na nawiązywanie kontaktu z tzw. niepublicznościami. To tylko kilka przykładów. Lista przykładów jest dłuuuga.

Jest też cała kolekcja „klasyków” od lat pokazywanych na konferencjach i wydarzeniach poświęconych projektowaniu. Zwykle po slajdzie „projektowanie uniwersalne” wjeżdżają zdjęcia łatwych w użyciu klamek, dwustronnych nożyczek z dużymi okami, automatycznych drzwi. Na wydarzeniach modowych są też wsuwane buty, które po włożeniu dopasowują się do stopy, czy spodnie z rozpinanymi nogawkami.

I pełna zgoda: przy wielu rozwiązaniach, narzędziach, produktach możemy zbudować cały katalog użytkowników i użytkowniczek, którzy i które z nich korzystają dziś albo – bo to kolejny argument używany często przez szkołę projektowania uniwersalnego – będą z nich korzystać na jakimś etapie swojego życia.

Tylko że uniwersalna użyteczność
nie może być miernikiem znaczenia dostępności. Nie wszystko musi być uniwersalne, żeby było użyteczne czy wręcz niezbędne dla niektórych osób. To super, że więcej ludzi korzysta, ma lepsze doświadczenie czy że z dużą pewnością będzie korzystać na jakimś etapie życia, ale… Są osoby, dla których dane rozwiązanie jest niezbędne. Tu i teraz. Dziś. Bez niego nie wejdą, nie użyją toalety, nie będą mogły (samodzielnie) ubrać się, zjeść itd.

Jest też druga strona medalu: projektowanie „celowane”, skoncentrowane na rozwiązaniu określonego wyzwania, konkretnej grupy osób (czy nawet osoby). I owszem, historia zna wiele przykładów pokazujących, że rozwiązując „problem projektowy” jednej osoby, przy okazji powstaje rozwiązanie użyteczne dla wielu, większości. Ba, nawet innowacje, które rewolucjonizują świat (jak maszyna do pisania czy telefon). Ale nie zawsze. I to jest więcej niż OK.

W tym miejscu postawię kropkę, bo łatwo znowu rozpędzić marketingową machinę „cudownych efektów ubocznych” dostępności. No właśnie: dostępności.

 

 

Czy uniwersalne jest w ogóle możliwe?

Rozumiem, że jeśli coś jest koncepcją, filozofią, to znaczy, że nie należy każdego zdania i słowa traktować dosłownie i jeden do jednego. Tylko trudno tego uniknąć, biorąc pod uwagę, jak mocno to „dla wszystkich”, „dla każdego” jest przyczepione do opowieści o projektowaniu uniwersalnym. Szczególnie w tym ujęciu, w którym posługują się nim dziś projektanci i projektantki oraz ludzie kultury.

Od tak dawna i tak głośno wybrzmiewa z konferencyjnych prezentacji, marketingowych opowieści, tekstów branżowych czy nawet akademickich, że trudno nie traktować tego dosłownie (szczególnie kiedy jest się na początku drogi). Bo raczej nie słyszę, że „często”, że „może być tak, że…”, ani nawet, że „zwykle”, że „niektóre”, „więcej” czy nawet że „większość”. Zwykle słyszę dość kategoryczne, że „każdy”, że „dla wszystkich”. Mam wrażenie, że uciekło gdzieś oryginalne i jednak ograniczające nieco: „w możliwie największym stopniu”.

A nie tylko jest przecież tak, że „nie zawsze” i nie „każda osoba”, ale nawet, że preferencje, sposoby użytkowania mogą być ze sobą w bezpośrednim konflikcie. Żeby nie szukać daleko: temperatura. Szczęśliwa ta osoba, która ma okazję dzielić przestrzeń z kimś o podobnych preferencjach odnośnie do ciepłoty (tudzież chłodu). Jedna osoba zamyka, druga otwiera. Jedna zakręca, druga odkręca (i odwrotnie: w zależności od urządzenia, warunków atmosferycznych, odzienia, ogólnych upodobań, ale też samopoczucia danego dnia).

Podobnie jest ze światłem. I z dźwiękiem. I z wysokością, na której znajdują się różne urządzenia. I z wieloma innymi rzeczami. Do tego dochodzi rozróżnienie pomiędzy preferencją a warunkiem użytkowania czy uczestnictwa. Tu mogę przytoczyć inny przykład, już bezpośrednio osadzony w dostępności. Z określenia „osoby neuroatypowe” nie jesteśmy w stanie wyprowadzić jednego sposobu projektowania. Z jakiegoś powodu z hasłem „przyjazne sensorycznie” często powiązane jest założenie „o mniej” – dźwięku, światła, bodźców. A przecież nie zawsze o to chodzi. Może być tak, że jedna osoba potrzebuje ciszy, a druga wytwarza dźwięki służące samoregulacji. Czy da się to pogodzić w tej samej przestrzeni?

Nie chodzi mi o to, że żaden projekt, żadne rozwiązanie nie może być uniwersalne, ale raczej o obietnicę uniwersalności. O założenie, że (wystarczająco) dobry projekt zawsze pozwoli ją spełnić. Poddaję tu w wątpliwość to, czy możliwe jest przewidzenie pełnej różnorodności ludzi, sposobów korzystania i sytuacji, a następnie zaprojektowanie czegoś, co pomieści je wszystkie – w tym samym czasie i w tym samym miejscu. Także wtedy, kiedy zmieniają się preferencje ludzi, a przede wszystkim warunki umożliwiające im uczestnictwo, albo kiedy pozostają one ze sobą w bezpośrednim konflikcie.

Rozumiem też, że projektowanie zakładające wiele opcji i dodawanie możliwości również jest projektowaniem uniwersalnym, ale na jakiej podstawie i kiedy uznamy, że projekt jest skończony; że obejmuje już każdą osobę, każdą przyszłą potencjalną użytkowniczkę czy użytkownika?

Wróćmy na chwilę do materiału źródłowego: 7 Zasad Projektowania Uniwersalnego autorzy i autorki zwieńczają notą mówiącą o tym, że „odnoszą się wyłącznie do projektowania rozwiązań o uniwersalnej użyteczności, podczas gdy praktyka projektowa wymaga uwzględnienia także innych kwestii niż użyteczność”. Dopowiadają, iż projektanci i projektantki „muszą w swoich procesach projektowych uwzględniać również kwestie ekonomiczne, techniczne, kulturowe, związane z płcią oraz środowiskowe”. Tu chciałabym zapytać: a co w sytuacji, jeśli te względy pozostają ze sobą w napięciu? Jak rozstrzygamy te napięcia? Jakie ma to konsekwencje dla możliwości korzystania przez różne osoby?

Notę kończy stwierdzenie, iż „zasady te dostarczają wskazówek, które pomagają lepiej uwzględniać w projektach cechy odpowiadające potrzebom możliwie największej liczby użytkowników”. I połączmy to jeszcze z „w możliwie największym stopniu”. Zapytuję więc o tych i o te, które pozostają poza granicą możliwości. I o to też: kto decyduje, kto wyznacza granice możliwości projektowania i według jakich kryteriów?

A może uniwersalność jest kierunkiem dążenia, a nie osiągalną cechą projektu? Mówi o tym sam Mace w 1998 roku podczas Międzynarodowej Konferencji o Projektowaniu Uniwersalnym2. To lubię bardziej. Tylko wtedy trzeba by przestać składać obietnice uniwersalności. I mieć zgodę na to, że można zakończyć projekt, oddać produkt do użytku, zamknąć etap pracy, ale to jeszcze nie oznacza zakończenia odpowiedzialności za jego dostępność.

Dylematy dostępności. A może dylematy projektowania? Chciałabym, żeby w praktyce były jednym i tym samym.

 

 

To może projektowanie włączające?

Za autora terminu projektowania włączającego uznaje się Rogera Colemana – profesora emeritusa londyńskiego Royal College of Art (RCA). Wskazuje się na rok 1994. Coleman stał na czele powołanej w 1991 roku, dzięki wsparciu Helen Hamlyn Trust, grupy badawczej DesignAge (zajmującej się kwestią projektowania dla starzejącego się społeczeństwa). Ta inicjatywa dała początek Helen Hamlyn Centre for Design. To najdłużej działający ośrodek badawczy RCA i jeden z najważniejszych głosów w obszarze projektowania włączającego. Do dziś.

Punktem wyjścia były tu wzornictwo przemysłowe i rynek konsumencki. Coleman postulował „objęcie jak najszerszego grona osób” i – jak opisuje to dziś RCA – wykraczanie poza dostępność.[3]

Kluczowa dla „projektowania włączającego” była (i nadal jest) idea projektowania z ludźmi, a nie dla ludzi. Oznacza to angażowanie użytkowników i użytkowniczek już na wczesnym etapie procesu. Konsultowanie z nimi użyteczności, wypracowywanie rozwiązań.
Innym ważnym głosem w dyskusji o projektowaniu włączającym jest Inclusive Design Research Centre (IDRC), które skupiło się na przestrzeni cyfrowej. IDRC widzi projektowanie włączające jako „projektowanie uwzględniające pełne spektrum ludzkiej różnorodności pod względem sprawności, języka, kultury, płci, wieku i innych różnic między ludźmi”.[4]

Kilka rzeczy przemawia do mnie w modelu IDRC. To np. indywidualne konfiguracje (czemu akurat sprzyja elastyczne środowisko cyfrowe), decyzje pozostawione użytkownikowi, współtworzenie przez osoby z własnym doświadczeniem. Podoba mi się to, że IDRC ma niezgodę na sprowadzanie ich do roli badanych czy symbolicznych uczestników i uczestniczek, a także to, że zwraca uwagę na inkluzywność samego procesu projektowania.[5]

Tym, co mi przeszkadza, jest nacisk na szukanie korzyści także poza gronem osób, dla których rozwiązanie powstało. Podobnie brzmi też Microsoftowe: „Rozwiąż dla jednej osoby. Zastosuj dla wielu”[6].

Wątpliwości zaczynam mieć jednak, kiedy uzasadniając korzyści dla wielu, IDRC zabiera się za rozważania nad „relatywną naturą niepełnosprawności i dostępności”. 
Rozpatrywanie niepełnosprawności w kontekście projektowania i definiowanie jej jako niedopasowania, rozbieżność między potrzebami jednostki a sposobem zaprojektowania produktu, systemu lub usługi jestem w stanie przyjąć. Bliskie to jest tzw. społecznemu modelowi niepełnosprawności. 
IDRC mówi także o tym, że nie traktuje niepełnosprawności jako cechy jednostki lub stanu określanego na zasadzie „osoba z niepełnosprawnością albo bez”[7]. Tu akurat byłabym ostrożna. A gdzie w tym ujęciu jest miejsce na niepełnosprawność jako część własnej tożsamości?

Wyjaśniając swoje podejście, autorzy idą jeszcze dalej, twierdząc, że niepełnosprawność może być doświadczana przez każdą osobę wykluczoną przez projektowanie. Rozumiem, że to jest niejako spójne z promowanym myśleniem w kategorii korzyści dostępności. Ale już przykład, który podają na uzasadnienie tej tezy, powoduje u mnie poważny dyskomfort. W związku z tym, że się czepiam, nie będę parafrazować, ale pozwolę sobie przytoczyć go w całości: „Podczas słuchania wykładu przekazywanego wyłącznie dźwiękiem niewidomy student jest mniej niepełnosprawny niż student, który nie przeczytał materiałów wprowadzających, słabiej zna język albo nie spał przez całą noc. Wykład dźwiękowy jest bowiem zaprojektowany dla osoby, która ma wiedzę potrzebną do zrozumienia wykładu, dobrze rozumie język i może w pełni skupić uwagę. W tym ujęciu każda osoba może potencjalnie skorzystać z projektowania włączającego”[8].

Ciszą pominę frazę „mniej niepełnosprawny”. Zapytam jednak: a co w sytuacji, kiedy wspomniany niewidomy student czy studentka jednocześnie jest nieprzygotowany czy nieprzygotowana do zajęć i jest po nieprzespanej nocy? A może jest na Erasmusie i dopiero uczy się języka? Porównywalna trudność w skorzystaniu z jednego wykładu nie oznacza porównywalnego doświadczenia niepełnosprawności.

W tym sensie nie wiem, czy można sprowadzić niepełnosprawność do wyzwania czy problemu projektowego. Dziś to wiem – tak, to znowu miejsce na samokrytykę – bo sama dałam się na chwilę porwać dobrze brzmiącemu hasłu „Niepełnosprawność to problem projektowy” (ang. Disability is a design problem). Za tym hasłem musi iść więcej, także zrozumienie, że nie zawsze da się oderwać niepełnosprawność od jednostki. To znacznie bardziej złożone doświadczenie. Znaczenie mają tu ciało i psychika, kontekst społeczny, kulturowy, sytuacja ekonomiczna. Zastanawiam się, co tracimy z pola widzenia, kiedy tak złożone doświadczenie sprowadzamy do niedopasowania między osobą a projektem.

Wiem, że projektowanie włączające przynosi ważne i użyteczne rozwiązania. Zastanawiam się jednak, co dzieje się z tymi, których nie opłaca się skalować. Czy rozwiązanie dla jednej osoby zachowuje swoją wartość, jeśli nie da się go rozszerzyć na wiele innych? Podobnie jak w przypadku projektowania uniwersalnego pytam też o granice procesu projektowania. O granice wspólnych rozwiązań i o to, kiedy trzeba zaproponować inne, żeby zapewnić dostępność konkretnej osobie.

 

 

Pogadajmy o potrzebach

W opowieści o Projektowaniu Uniwersalnym i jego ogólnej pożyteczności często też pojawiają się „szczególne”, „specjalne” czy „zróżnicowane” potrzeby. Nie trzeba daleko szukać. Nawet w jednym z tekstów w tym numerze Purpose – „Narysuj nam coś ładnego”, czyli projektant przed klientem – Maciej Stefański pisze, że „dojrzały projektant wzornictwa (...) (w)łącza w obszar strategii produktowej kwestie projektowania uniwersalnego oraz dostępności dla osób o zróżnicowanych potrzebach i sprawnościach”.

Nie byłam w stanie znaleźć konkretnego źródła pojęcia „specjalne/szczególne potrzeby”. Najczęściej powiązane jest z procesem edukacji, a za moment instytucjonalizacji hasła uznaje się często brytyjski raport Warnock z 1978 roku pt. „Specjalne Potrzeby Edukacyjne” (ang. Special Educational Needs). W teorii wprowadzeniu terminu „specjalne potrzeby” towarzyszyły dobre intencje i stało za nim przesunięcie ciężaru z diagnozy na wsparcie. Określenie związane z edukacją zaczęło funkcjonować także poza nią, jako ogólna etykieta przypisywana ludziom. Potrzeba stała się sposobem na określenie człowieka.

Prawie czterdzieści lat później „nie specjalne potrzeby” powiedziała międzynarodowa kampania zorganizowana z okazji Międzynarodowego Dnia Trisomii 21 w 2017 roku (formalnie – za ONZ – wciąż: Międzynarodowy Dzień Syndromu Downa). A precyzyjnie: spot zrealizowany w ramach jej brytyjskiej odnogi, który najpierw w zabawny sposób pokazuje, czym mogłyby być „specjalne potrzeby”, np. jedzenie jaj dinozaurów, chodzenie w zbroi, profesjonalny masaż wykonany przez kota czy budzenie rano przez celebrytów. Następnie bohaterzy i bohaterki spotu mówią o tym, że „potrzebują edukacji, pracy, dachu nad głową, miłości i przyjaciół”. Aż w końcu pada pytanie: „Czy któraś z tych potrzeb jest specjalna?”.

Dzięki mocy mediów społecznościowych spot wyszedł poza Wielką Brytanię i zaczął wędrować po świecie, podważając zasadność określenia, które często uchodziło za uprzejme i neutralne.

Tymczasem w Polsce mniej więcej w tym samym czasie kończyły się prace nad ustawą o dostępności i co prawda nie „specjalne”, ale za to „szczególne” potrzeby rozgościły się na dobre zarówno dzięki tytułowi, jak i treści aktu prawnego (Ustawa z 19 lipca 2019 r. o zapewnianiu dostępności osobom ze szczególnymi potrzebami, Dz.U. 2019 poz. 1696).

Można się domyślać, że jednym z powodów „szczególnych potrzeb” w tytule ustawy była niezrozumiałość i niewystarczalność (w tamtym czasie) pojęcia „dostępność”. W odosobnieniu, bez dopełnienia mogło wydawać się zbyt wieloznaczne, by jasno sygnalizować cel aktu prawnego. „Szczególne potrzeby” w tym przypadku to zapewne także efekt poszukiwania określenia, które obejmie szeroki katalog osób i sytuacji, których dotyczy akt prawny.

Osobną kwestią jest natomiast używanie pojęć „szczególne” lub „specjalne” zawsze i wyłącznie wtedy, kiedy mówimy o rozwiązaniach z zakresu dostępności lub o osobach z niepełnosprawnościami. Dochodzi do absurdów takich jak „toaleta dla osób ze szczególnymi potrzebami”. Chyba wszyscy możemy się zgodzić, że np. opróżnienie pęcherza jest potrzebą wspólną dla wszystkich ludzi. Nie specjalną, nie szczególną, a raczej najbardziej podstawową, bo fizjologiczną. Czym innym jest natomiast sama realizacja tej potrzeby, która odbywa się na wiele różnych sposobów. Czasem metoda wynika z preferencji, czasem z konieczności. Punktem odniesienia staje się więc sposób korzystania, realizacja potrzeby, a nie potrzeba jako taka.

Stoję na stanowisku, że potrzeba – co do zasady – jest po prostu potrzebą. Są takie, które są wspólne dla wszystkich ludzi, takie, które są wspólne dla większości i takie, które łączą nas w podgrupy. Możemy używać różnych sposobów klasyfikacji potrzeb i nadawać im inną wagę. Nie zmienia to tego, że potrzeba to potrzeba. Sposób realizacji potrzeby może być różny. Rzadkość sposobu zaspokojenia potrzeby nie czyni samej potrzeby mniej zwyczajną ani mniej uprawnioną. A już na pewno nie wtedy, kiedy mówimy o potrzebach (i prawach!) podstawowych.

Język kształtuje świadomość. Działa to też w drugą stronę: zmieniająca się świadomość wpływa na ewolucję języka.
Lata temu nie miałam problemu z podpisaniem się pod hasłem „różni ludzie = różne potrzeby”. Intencja była jak najlepsza. Zakotwiczona w założeniach projektowania uniwersalnego. Dziś mogę zgłosić samokrytykę. Za jakiś czas, czytając ten tekst, być może zrobię to samo…

Kiedy „zróżnicowane potrzeby”, „osoby o szczególnych potrzebach” czy „specjalne rozwiązania” pojawiają się zamiast bezpośredniego nazwania niepełnosprawności, warto zapytać, skąd bierze się ta językowa ostrożność. Nieporadność, obawa przed mówieniem o niepełnosprawności wprost sprzyjają eufemizmom. Paradoks polega na tym, że omijając „niepełnosprawność”, podtrzymujemy przekonanie, że nazywa to coś negatywnego, wstydliwego, niestosownego.

Ale nawet kiedy nazywamy niepełnosprawność wprost, pozostaje pytanie: jak? To zależy. W Polsce promowane jest określenie „osoba z niepełnosprawnością” (w oparciu o tzw. person-first language), które ma podkreślać podmiotowość i przeciwdziałać sprowadzaniu człowieka do jednej cechy. Jednak część osób (w tym także samorzeczniczych, aktywistek i badaczy związanych z disability studies) preferuje tzw. identity-first language i wybiera określenie „osoba niepełnosprawna”, podkreślając, że niepełnosprawność jest ważną częścią tożsamości i doświadczenia. Nie każde użycie tego określenia jest jednak świadomą deklaracją tożsamości. Bywa też pozostałością języka, który sprowadzał człowieka do niepełnosprawności. Te same słowa, różne postawy. 
Istotne jest również to, kto je wybiera, tzn. czy nazywamy siebie, czy ktoś nazywa nas.

Wracając do projektowania: określenie „szczególne potrzeby” może utrwalać podział na tych, których sposób korzystania uwzględniamy od początku, i tych, o których trzeba się osobno upominać. Dla pierwszych po prostu projektujemy. Dla pozostałych przewidujemy „specjalne rozwiązania”. Warto więc zapytać: czyja obecność i czyj sposób korzystania są dla nas oczywiste, a czyje wciąż traktujemy jako wyjątek?

 

 

Projektowanie Uniwersalne (w) prawie

(Prawie) na wszystko znajdzie się jakaś norma, wskazówka, wytyczna albo przepis. Szczególnie w obszarze architektury czy dostępności cyfrowej – latami (a raczej: całymi dekadami) są pieczołowicie opracowywane i wciąż podlegają rewizjom, jak na przykład wytyczne dotyczące dostępności cyfrowej, które co jakiś czas są aktualizowane w związku z szybko zmieniającą się technologią. Wiele z nich bezpośrednio odwołuje się do koncepcji czy nawet Zasad Projektowania Uniwersalnego.

Normy wyznaczają pewną „linię kompromisu”. Określają wysokość włącznika światła czy lady, nachylenie pochylni, kontrast tablic informacyjnych. Za tymi parametrami stoi próba przełożenia różnorodności ciał i sposobów korzystania na wspólne wymagania. Trzeba ustalić konkretną wartość, granicę albo zakres, choć ludzie nie mieszczą się bez reszty w żadnym pudełeczku, pod żadną etykietą, w żadnym standardzie. To kompromis, który ma umożliwiać korzystanie możliwie wielu osobom. Nie oznacza jednak warunków równie dogodnych – ani nawet wystarczających – dla każdej z nich.

W wytycznych jesteśmy dziś dużo dalej niż w latach 70. czy 80., kiedy Mace krytykował minimalny standard i kulturę zgodności z przepisami. Nadal jednak zgodne z prawem nie oznacza automatycznie, że jest użyteczne czy przyjazne. Nie dla wszystkich, nie zawsze, nie wszędzie. 
Dlatego wciąż jest potrzeba wracania do filozofii leżącej u podstaw Projektowania Uniwersalnego. Zadawanie pytań, sprawdzanie i poszukiwanie rozwiązań zarówno zgodnych z zasadami, jak i takich, które są faktycznie użyteczne. Dla możliwie jak największej grupy osób.

Czy zgodność z przepisami oznacza ograniczanie wolności projektowania i kreatywności? Być może w niektórych kontekstach. A jeśli tak – to przynajmniej z mojej perspektywy – uzasadnione. Wszystko jednak zależy od podejścia. Możemy widzieć w przepisach jedynie nakaz albo traktować je jako wsparcie. Jeśli zależy nam na tym, żeby z naszego produktu, przestrzeni, strony internetowej itd. skorzystało możliwie jak najwięcej użytkowników i użytkowniczek, możemy je traktować jako dobrą wskazówkę, podpowiedź, ramę.

 

 


Dlaczego dostępność?

Choć może nie ma tak samo dobrego PR-u i nie brzmi równie sexy jak projektowanie uniwersalne, to wciąż najbliżej mi do dostępności. Rozumiem ją przede wszystkim jako dawanie możliwości wyboru. Chcę, żeby użytkownik i użytkowniczka mogli i mogły zdecydować, czy i jak skorzystają z produktu, przestrzeni, usługi, wydarzenia. Przede wszystkim, żeby mieli i miały z czego wybierać; aby mogli/mogły wskazać sposób, który dla nich działa. A także aby mogli/mogły zrezygnować. Z własnej woli.

W dostępności ważna jest dla mnie właśnie koncentracja na osobach z niepełnosprawnościami. Na ich możliwościach korzystania, wiedzy, na ich doświadczeniu. Mam poczucie, że choć z tego założenia wyrastało Projektowanie Uniwersalne, w części dzisiejszych opowieści ten punkt odniesienia gdzieś się rozmył. W tej obietnicy korzyści dla wszystkich łatwo zgubić osoby, dla których dane rozwiązanie jest konieczne, niezbędne. Bez którego się nie da.

Jeśli korzystają też inne osoby – doskonale! Sama pokazuję, jak wiele ich może być. Chcę jednak pamiętać również o tej jednej osobie. Także wtedy, kiedy rozwiązanie potrzebne właśnie jej nie przyda się nikomu więcej.

Mam świadomość, że dostępność również ma swoje ograniczenia. Wyzwania. I dylematy. To także powód, dla którego lubię się nią zajmować. Bardzo rzadko mogę z pełnym przekonaniem powiedzieć, że wiem coś na pewno, tak na 100%. Dostępność sprawia, że nie przestaję pytać. Dziś czuję się całkiem komfortowo w tej niewiedzy.Dostępność nie sprawia, że wszystko staje się możliwe. Wymaga sprawdzania, rozmowy, zmian, a czasem przyznania, że coś nie działa albo że jeszcze nie wiem, jak to zrobić. Daje też przestrzeń do poszukiwania, eksperymentowania.
Nie przeszkadza mi też kojarzenie dostępności z prawem. Nawet mnie cieszy. Niektórym z nas czasem potrzebne jest takie szturchnięcie. A osobie, która chce skorzystać, potrzebna jest pewność, że nie wszystko zależy od cudzej dobrej woli.

Tyle że obowiązek prawny nie sięga wszędzie. Prawo bywa też „dziurawe”, a standardy i wytyczne w praktyce nie zawsze i nie dla wszystkich są użyteczne. Tylko to dla mnie obowiązek prawny – w sumie nie ma znaczenia. Dostępność jest również moim wyborem. Decyduję, że chcę poświęcać jej uwagę, czas, wiedzę i pracę. Bo możliwość korzystania i decydowania o sobie jest dla mnie ważna. Zawodowo i prywatnie.

Zależy mi, żeby mogło wiele osób. I żeby mogła ta jedna.

 

Tekst Agata Etmanowicz

 

PRZYPISY: 

1 Ronald L. Mace, „Universal Design: Barrier Free Environments for Everyone”, Designers West, listopad 1985, s. 147–152, https://www.usmodernist.org/DW/DW-1985-11.pdf [dostęp: 24.10.2026]

2 R. Mace, A perspective on universal design, 1998, za: C.J. Johnstone, Improving Validity of Large-scale Tests: Universal Design and Student Performance, NCEO Technical Report 37, University of Minnesota, National Center on Educational Outcomes, Minneapolis 2003, sekcja „Universal Design: A Brief History”, online [dostęp: 24.10.2026]

3 Royal College of Art, Helen Hamlyn Centre for Design, https://www.rca.ac.uk/research-innovation/research-centres/helen-hamlyn-centre/about-centre/#inclusive-design [dostęp: 25.10.2026], tłum. własne

4 Inclusive Design Research Centre, What is Inclusive Design, https://legacy.idrc.ocadu.ca/about-the-idrc/49-resources/online-resources/articles-and-papers/443-whatisinclusivedesign.com [dostęp: 25.10.2026]. Wszystkie cytaty z tej publikacji w tłumaczeniu własnym.

5 IDRC, What is Inclusive Design, sekcje: „Recognizing diversity and uniqueness” oraz „Inclusive process and tools”.

6 Microsoft, Inclusive Design, https://inclusive.microsoft.design [dostęp: 25.10.2026]. Zasada „Solve for one, extend to many” – tłum. własne.

7 IDRC, What is Inclusive Design, dz. cyt., sekcja „The Relative Nature of Disability and Accessibility”

8 Tamże.