Temat dzisiejszego odcinka: ośrodki kultury. Muszę przyznać, że mam z tym tematem nie lada problem. Z trudem przychodzi mi zdefiniowanie pojęcia ’artysta’, więc niniejszy temat nastręcza mi kłopotów definicyjnych w ilościach hurtowych. Czy coś takiego, jak „ośrodki kultury” istnieje? Owszem, jest rzesza instytucji, które „kulturę” mają w swoich statutach wypisaną tłustym drukiem, jednak nie bardzo wiem, co one — poza pomocą finansową, czyli działalnością stricte menedżerską — mają z kulturą wspólnego.

Sformułowanie ’ośrodek kultury’ kojarzy mi się (choć być może jest to nazbyt naiwne skojarzenie) z miejscem, które wspomaga, inspiruje działalność artystyczną — i nie mam na myśli li tylko pomocy finansowej, lecz ambitnie rozumianą przestrzeń wymiany myśli, form i pomysłów. Czy współcześnie ktokolwiek ma ochotę na tworzenie takich ideowych stowarzyszeń? Owszem, powstają rozmaite grupy artystyczne, które za wspólny mianownik mają coś więcej niż tylko dodanie sobie otuchy w świecie zależności rynkowych, jednak ‘grupa artystyczna’ to nie ’ośrodek kultury’. Ośrodek kultury to — niestety — mit, pobożne życzenie pięknoducha.

Przyznam szczerze, że zdarzyło mi się skorzystać z pomocy instytucji, która jest zadekretowana jako „ośrodek kultury”. Kilkakrotnie dane mi było uszczknąć kilkaset euro z budżetu Instytutu im. Adama Mickiewicza (mam nadzieję, że Adam Mickiewicz z tego powodu w grobie się nie przewracał). Pomoc finansowa, którą — jako artysta ponowoczesny, zdający sobie sprawę ze zbawczej roli pieniądza — nie gardzę, była związana z promocją polskiej kultury poza granicami naszego pięknego kraju. Pieniądze zostały w odpowiednim czasie przelane na konto — koniec, kropka.

Żeby było jasne: nie marzy mi się taka cudowna organizacja, która oprócz tego, że da mi kasę, to jeszcze z podziwem poklepie po plecach, spyta, co słychać, podrzuci temat na jakąś nową piosenkę. Nic z tych rzeczy. Jedyny mój problem z „ośrodkami kultury” to problem natury semantycznej: po co stosować tak górnolotne sformułowania w kontekście finansowych poczynań. Jestem gorącym zwolennikiem rozmaitych artystycznych mecenatów, jednak zadbajmy o proporcje. Nie nazywajmy szamba perfumerią, jak powiada klasyk.

Zaryzykuję twierdzenie, że coś takiego, jak „ośrodek kultury” to twór mocno przeterminowany. Owszem, przyda się ktoś, kto będzie w stanie rozdzielić budżetowe granty, przydzielić stypendia, zorganizować jakieś wystawy, ogłosić kilka konkursów. Mimo wszystko nie są to ośrodki na miarę — dajmy na to — paryskiej „Kultury”, która była wartością samą w sobie. W dzisiejszym pofragmentowanym świecie idea „ośrodka” mocno się zdezaktualizowała. Artyści nie chcą się zrzeszać, choć chętnie wyciągają ręce w kierunku rozmaitych programów pomocowych (czemu nie sposób się dziwić). Owszem, istnieje kilka świetnych medialnych projektów, które mają służyć popularyzacji sztuki (patrz: nagroda Nike), jednak mówienie o tych przedsięwzięciach jak o wylęgarniach artystów jest mocno na wyrost.

Co mogłoby być takim współczesnym „ośrodkiem sztuki”? Odpowiedź jest prosta: hipermarket, telewizja, Internet. Czytam właśnie najnowszą książkę J.G. Ballarda „Królestwo nadchodzi”, w której problem współczesnych centrów handlowych jest potraktowany w sposób bardzo ciekawy. Czym są współczesne centra handlowo-kulturalno-rozrywkowe? Jak wpływają na naszą percepcję, jak kształtują nasz światopogląd? Jeśli rzeczywiście stanowią one centralny punkt, w odniesieniu do którego ponowoczwesny człowiek definiuje swoją tożsamość, to czy nie można zaryzykować twierdzenia, że to właśnie te miejsca są naszymi „ośrodkami sztuki”? Być może sztuką XXI wieku jest właśnie kupowanie?! Jeśli niemal wszystkie dziedziny życia podporządkowane są rytmowi zakupów, wypadów do kinowych multipleksów, barów, dyskotek (a wszystkie te miejsca skupione są w jednej, „multimedialnej” przestrzeni handlowego centrum), to cóż może lepiej spełniać funkcję ośrodka inspiracji dla artystów, jeśli nie owo rozczłonkowane centrum handlu, usług i rozrywki?


ilustracja: Tomasz Kaczkowski

Sztuka musi czerpać z życia, musi być odpowiedzią na ducha czasu. Nawet będąc działalnością na marginesie oficjalnego rytmu życia, musi umieć ów główny nurt zdefiniować, nazwać, zinterpretować. Żyjemy w świecie bez wyraźnego centrum, czy nam się to podoba, czy nie. Nie można już dłużej mówić o „ośrodkach kultury i sztuki”, ponieważ sztuka już dawno przekroczyła własne granice. W świecie permanentnych przepływów, zacierania granic, reinterpretowanych idei nie ma miejsca na autonomię kultury i sztuki. Semantyczne fluktuacje stały się żywiołem sztuki jako takiej. Nie ma „ośrodków”, są permanentne przemieszczenia w obrębie Świętej Trójcy Współczesności: Hipermarketu, Internetu i Telewizji. Oto miejsca, gdzie czasem pojawia się coś, co może być interpretowane w kategoriach osiągnięć artystycznych. To właśnie te miejsca tworzą nasz hiperrealny horyzont, czy nam się to podoba, czy nie.