Maja Ruszkowska-Mazerant, kuratorka treści numeru Klient:

Przyznam, że media społecznościowe są dziś dla mnie wyzwaniem. Niestety, pamiętam te czasy, kiedy na Facebooku miałam poczucie, że faktycznie mam „fanów”, że dostaję takie treści, które naprawdę mnie interesują, i że jestem w środku czegoś, co jest dla mnie ciekawe. Czułam istniejącą między mną a innymi prawdziwą nić porozumienia

Były to czasy, kiedy wystarczyło opublikować post i widziało się realne przejścia na własną stronę internetową. Dziś po tamtych działaniach pozostało tylko mgliste wspomnienie.

Agata Kühl w swoim tekście przygląda się komunikacji online. Bo dziś, w drodze do klienta, właśnie ta forma komunikacji jest nam również potrzebna. Dla jednych stanowi naturalny element działań, dla innych jest udręką. W Purpose to dla nas ciekawy temat, szczególnie w kontekście poszukiwania możliwości dotarcia do klientów. Dlatego chcemy przybliżyć Wam zasady poruszania się po mediach społecznościowych i pokazać komunikację marki z nieco innej perspektywy.

Co zawiera artykuł:

1. Polirealia online, czyli w jakich warunkach się dziś komunikujemy?

2. Autoprezentacja czy ujawnianie, którą strategię obrać?

3. Ujawnianie się jako strategia komunikacji online, a może bezpieczny sposób zawodowego funkcjonowania w sieci?

4. Outbound marketing i inbound marketing

5. Od posta do spotkania: case study

6. Kilka zasad, którymi rządzi się LinkedIn

7. Czy da się pogodzić ujawnianie z regułami działania platform?


Tytuł numeru skoncentrowany jest wokół klientów, dlatego chcę zaprosić do wspólnego przyjrzenia się szczególnie jednej z platform społecznościowych. Nie będzie to wykaz sprytnych trików:

  • jakie wpisy publikować na LinkedIn, aby powiększać swoją siatkę kontaktów i zdobywać potencjalnych zleceniodawców;
  • kiedy to robić;
  • gdzie umieszczać call to action, linki zewnętrzne;
  • jak często dodawać zdjęcia z własnym wizerunkiem (choć w tych regułach też warto mieć rozeznanie, dlatego od nich zupełnie nie uciekniemy).

Pod lupę weźmiemy zasady poruszania się po mediach społecznościowych w kontekście komunikacji marki z nieco innej perspektywy. Zajrzymy głębiej. Jeśli dotrzemy do sedna, trafimy też do swoich klientów. Obiecuję.

 



Polirealia online, czyli w jakich warunkach się dziś komunikujemy?

Zanim uda mi się zerwać warstwy i zachęcić do wspólnego rzucenia okiem pod spód, sprawdźmy, w jakich cyfrowych realiach działamy, gdy dziś komunikujemy się na platformach społecznościowych.

Mamy do czynienia z 24-godzinnymi cyklami informacyjnymi, błyskawicznymi materiałami wideo, które definiują dzisiejszą „konsumpcję” mediów społecznościowych, z wielością współistniejących rzeczywistości. Poruszamy się po „polirealiach online”, na które składają się bańki informacyjne, zwielokrotnione schematy reakcji i zachowań użytkowników oraz fragmentacja. To „zjawiska”, które nie pojawiły się same ot tak. Kopiemy zatem głębiej.

Nie działamy w warunkach laboratoryjnych – na taki stan wyjściowy może sobie pozwolić niewielu. Kontekst, w którym przychodzi nam (twórcom, przedsiębiorcom, organizacjom, markom) komunikować się w mediach społecznościowych, jest już dobrze rozpoznany, więc przytaczam go jedynie dla porządku: kto kontroluje infrastrukturę cyfrową i algorytmy, kontroluje rzeczywistość. Algorytm określa, jakie zachowania zwiększają widoczność, a użytkownicy się do tych reguł dostosowują. Jak zatem w sieci, w której dąży się do profilowania zachowań ludzkich, nie zgubić własnych idei, nie stracić swojego głosu w zalewie trendów, przebić się i trafić do odbiorców, a nie botów? I – zapytam wprost – zarobić? Współczesny świat nie oferuje już idealnych rozwiązań, ale czy wciąż istnieje wybór, jak w hiperrzeczywistości funkcjonować? Czy jest przestrzeń na niezależność? A może wcale jej nie potrzebujemy, na nic nie mamy większego wpływu i lepiej płynąć z nurtem? I – znów zapytam – zarobić?

 



Autoprezentacja czy ujawnianie, którą strategię obrać?

Punktem wyjścia będą dwie potrzeby, które pchają nas wszystkich – bez wyjątku – do działania (w tym do podejmowania decyzji, wyrażania opinii). Myślę o przynależności i statusie. Jak te dwa podstawowe cele społeczne są realizowane z pomocą mediów społecznościowych? Chęć przynależności i statusu w dużej mierze odpowiada za zachowania, które podejmuje człowiek, gdy wchodzi w interakcje z innymi (ludźmi, komunikatami, produktami), platformy społecznościowe są zatem doskonałą areną do ich pobudzania i wywoływania. Jak to się robi? Mówię teraz o perspektywie nadawcy komunikatu – i to z lotu ptaka. Mamy dwie możliwości:

  • solidna i konsekwentna strategia autoprezentacji,
  • strategia komunikacji osadzona na ujawnianiu siebie.

Jaka jest różnica w tych podejściach? Jedno służy do kreowania wizerunku, drugie – do ujawniania się (pojęcie zapożyczam od H. Arendt). Granica między autoprezentacją a autentycznym ujawnianiem jest niestety trudna do wychwycenia. Tym, co podejścia te różnicuje, jest intencja. Nie da się jej jednak zobaczyć – szczególnie w zalewie syntetycznych treści, ale już jako nadawcy komunikatu mamy do niej dostęp.

Sprawdźmy, czy da się rozpoznać moment, w którym dopasowanie się do reguł algorytmów zamienia się w utratę własnego głosu?

Przyjrzyjmy się wspólnie pierwszej strategii: autoprezentacji. W tym celu przenieśmy się na chwilę do jednej z najludniejszych na świecie aglomeracji, która liczy ponad 37 milionów mieszkańców, czyli do Tokio, a precyzyjniej: zajrzyjmy do jednego z salonów gier z automatami pachinko.

O jakiej skali mówimy? Dotarłam do informacji, którą władze Tokio podawały przy okazji zamykania lokali w czasie pandemii, że w stolicy Japonii działa łącznie około 750 salonów pachinko. Najwyraźniej jest spora potrzeba uzasadniająca ich działanie. A jakie potrzeby się realizuje w salonach? Chęć złapania wytchnienia od trudów codzienności, chwili zapomnienia, gdy doskwiera samotność, zagłuszenia natrętnych myśli, odcięcia, błyskawicznej gratyfikacji? Kto był, ten wie, że to miejsce, w którym zaraz po przekroczeniu progu, jak za dotknięciem magicznej różdżki, rozłączamy się od swojego ciała. Dla tych, którzy nie byli: wchodzimy do środka i od razu jesteśmy przytłoczeni przez nieustanne dźwięki: brzęczenia, gruchot wysypujących się stalowych kulek, wysokie tony komunikatów trafienia do celu lub chybienia i melodyjki niczym z dziecięcych zabawek w razie wygranej. Brak dostępu do tego, co aktualnie za oknem (żeby przypadkiem nie kontrolować zmieniającej się pory dnia), wszechobecne jaskrawe kolory, intensywne sztuczne światło. Salony oferują nieustanne pobudzanie ośrodka nagrody. Coś nam to przypomina?

Nie chcę skupiać się wyłącznie na mechanizmach niczym z kasyna, w jakich działają salony gier, by wciągnąć uczestnika w „zabawę” (znamy je też choćby z centrów handlowych, parków rozrywki), podobnie zresztą do bezwiednego scrollowania rolek na Instagramie. Kto nie wpadł w tę pętlę, niech pierwszy rzuci… stalową kulką?

Spójrzmy jednak jeszcze głębiej – na sam system, w jakim salony pachinko z powodzeniem funkcjonują w takim kraju jak Japonia, w którym hazard jest nielegalny.

W wielkim skrócie: uczestnik wchodzi do salonu, zwycięża i zgarnia pulę kulek, a te zamienia na nagrody rzeczowe. Opuszcza salon. Wędruje do specjalnego punktu wymiany wygranych przedmiotów na gotówkę. Punkt skupuje przedmioty, które następnie odsprzedaje specjalnym hurtownikom. Obieg się zamyka, gdy hurtownik sprzedaje je ponownie salonom. Nie ma tu hazardu. Formalnie wszystko się zgadza i wszyscy są zadowoleni.

W kulturze japońskiej funkcjonują takie pojęcia jak:

  • „Tatemae” – „fasada”, czyli postawa i opinie, które okazuje się publicznie, zgodne z oczekiwaniami społecznymi, rolą czy sytuacją;
  • „Honne” – „prawdziwy głos”, czyli rzeczywiste uczucia, pragnienia i przekonania, które zwykle zachowuje się dla siebie albo dzieli tylko z najbliższymi.

System funkcjonowania salonów w tym rozdźwięku pojęciowym idealnie się rozgościł i wszystkim uczestnikom układu to całkowicie odpowiada. A jak to się ma do strategii autoprezentacji?

Wróćmy na LinkedIn. Dlaczego tu? Tu szczególnie tarcie między fasadą i prawdziwym głosem ludzi jest zauważalne. Ilu z nas widzi tam codziennie wpisy, które zaczynają się od „chwytliwego hooka”? Moje takie też znajdziecie. Chętnie dodajemy komentarze pod postami naszych kolegów i koleżanek, którzy odwdzięczają się nam tym samym. Swoją drogą ciekawe, czy ktoś już znalazł nazwę na taką „cyfrową” lojalność? Dzięki temu LinkedIn „widzi” naszego użytkownika (nasz cyfrowy doppelganger, bo przecież nie nas samych) jako takiego, który gra zgodnie z zasadami; jest wystarczająco aktywny, zatem gdy następnym razem to nasz użytkownik opublikuje treść, oczywiście z dobrym pytaniem na początku – szanse na wyświetlenia wzrastają, a wraz z nimi szanse na reakcje odbiorców i dotarcie do potencjalnych klientów.

Zwyczajnie wiemy, jak klikać, żeby dostawać cyfrowe głaski. Wiemy, co kryje się pod powierzchnią, a także rozumiemy system; jasny jest dla wszystkich cel (monetyzacja), natomiast prawdziwy głos zachowujemy dla siebie (i najbliższych). Wszyscy są zadowoleni.

Czy na pewno? Nie zmierzam do tego, żeby dziś każdy zadawał sobie pytanie, czy to, co widzi, jest treścią syntetyczną czy prawdziwą – choć oczywiście polecam taki nawyk trenować. Dziś kieruję się do nadawców komunikatów i szczerze zachęcam do zadania sobie pytań, czy mój sposób komunikacji online zakłada wytworzenie wrażenia? Jest mierzony na coś? „Chcę siebie / moją markę pozycjonować jako”... Jeśli tak, to jest mi wtedy bliżej do autoprezentacji i prawdopodobieństwo, że poczuję się w tym zażenowana, nie będę sobą oraz że nie osiągnę tego, na czym mi zależy, jest gigantyczne. Nie trafię do odbiorców moich usług, a przy tym dam się wodzić storytellingowym trendom za nos. Jeden z ostatnich: krótka opowieść o tym, że osiągnęłam sukces dlatego, że mówię wszystkiemu „tak”, nawet jeśli nie jestem na coś gotowa lub nie mam takiego doświadczenia na swoim zawodowym koncie.

Ciekawa jestem, ile takich wpisów już widzieliście? Czy świat naprawdę składa się z ludzi, którzy mówią tak samo? To nie jest prawda, ale powielanie tych trendów (bezrefleksyjne) konstytuuje zanikanie różnorodnych sposobów bycia i znaczeń. Jonathan Lear nazwał to „ontologiczną podatnością” – poczuciem, że świat sensu się zawali. Czy warto do tego przykładać rękę?

 

 



Ujawnianie się jako strategia komunikacji online, a może bezpieczny sposób zawodowego funkcjonowania w sieci?

Jeśli moja obecność na platformach społecznościowych osadzona jest na autentycznym ujawnianiu siebie, a mój cel to wiarygodne długoterminowe relacje, dla których działam, bo zależy mi, by moi klienci osiągali realnie dobre efekty, to szansa pogodzenia widoczności w kanałach komunikacji online z własnymi wartościami i wymiernymi korzyściami wzrasta.

Tylko czym jest ujawnianie? Czy chodzi o całkowite odsłonięcie?

Gdy analizuję sposób komunikacji (organizacji, firm, ale też marek własnych), zadaję te pytania:

  • Jaki jest zakres komunikacji (szerokość), co rozumiem jako obszary tematyczne, w których zabierany jest publicznie głos?
  • Jaka jest wnikliwość ujawniania (głębokość)? Jak osobiste są informacje, którymi dzielimy się publicznie: problemy, sukcesy, porażki, a w przypadku instytucji na przykład kulisy funkcjonowania?
  • Czy to jest świadome postępowanie, czy płynięcie z nurtem?

Zadanie tych pytań samemu sobie to pierwszy krok dla każdego, kto myśli o świadomej obecności (szczególnie zawodowej) na platformach społecznościowych. Tylko co, jeśli jestem człowiekiem skrytym, skromnym i na dodatek nieśmiałym (dajmy na to zdolnym ilustratorem, który posiada własne studio projektowe) i nie mam ochoty na całkowite odsłonięcie na publicznym forum?

Wiem, że zerkając na feed na LinkedIn trudno uwierzyć, że pośród nas też są tacy ludzie. Jak pogodzić zatem chęć promowania moich usług z taką naturą? Da się. Ujawnianie to nie odsłonięcie całkowite, mówienie i pokazywanie wszystkiego. Ujawnianie to autentyczność. Jeśli nie czuję potrzeby dzielenia się moimi „trzema sposobami na...”, to tego nie robię, mimo że ten sposób publikacji jest teraz trendem, pod którym ludzie chętnie zostawiają reakcje.

 

 


Outbound marketing i inbound marketing

Zajrzyjmy do dwóch strategii marketingowych: outbound marketing i inbound marketing. Zanim to nastąpi, dla porządku krótko zarysuję granicę między marketingiem a komunikacją.

Gdy popatrzymy na klasyczny model 4P, mamy cztery sfery do zagospodarowania:

  • produkt (product), czyli to, co oferujemy;
  • cenę (price), czyli oczywiście ile to kosztuje (i tu jest cała duża opowieść o tym, jak to wyceniamy);
  • dystrybucję (place), a zatem gdzie i jak klient może to kupić;
  • promocję (promotion) – mam tu na myśli sposób informowania.

Komunikacja to w zasadzie ostatnie „P”. Marketing zajmuje się też m.in. badaniem rynku, wyborem grupy docelowej, pozycjonowaniem i strategią, czyli rzeczami, które dzieją się, zanim cokolwiek opublikujemy.

Oczywiście nie każda komunikacja w sieci ma cel sprzedażowy. Należą do niej np.: odpowiedzi na pytania i reklamacje klientów, kontakt z mediami i wizerunek marki (PR), komunikacja wewnętrzna (np. z zespołem), informowanie o awarii czy zmianie godzin pracy, budowanie społeczności i rozmowy z odbiorcami, a także komunikacja instytucji publicznych czy organizacji pozarządowych, które nie są nastawione stricte na sprzedaż.

Tam, gdzie komunikacja i marketing się przecinają, mówi się o komunikacji marketingowej online, czyli o komunikatach w sieci, które mają wspierać cele marketingowe: posty promocyjne, reklamy, newslettery, kampanie z influencerami, treści budujące markę. Dziś rozbrajamy komunikację online w mediach społecznościowych, a precyzyjniej tę na LinkedInie.

I teraz wracam do naszego skrytego ilustratora. Outbound marketing i inbound marketing, mówiąc krótko, dotyczą tego, w jaką stronę wektor naszych działań jest skierowany, gdy nasz „produkt” płynie do klienta. Pierwsze podejście to marketing „wychodzący”, w którym marka sama inicjuje kontakt i wysyła komunikat do odbiorców możliwie szeroko – niezależnie od tego, czy o niego prosili. Idealnie, jeśli przerwą to, co aktualnie robią i zobaczą naszą ofertę (tu się pojawia reklama płatna).

Drugi sposób działania to przyciąganie przez treści lub doświadczenia, które są dla naszych potencjalnych odbiorców wartościowe. Nasza grupa docelowa szuka tych wartości, znajduje nas i naszą markę, a następnie pozostajemy w kontakcie.

Dalsze kroki to sprzedaż, ale dziś temu procesowi się nie przyglądam. Dla osoby skrytej i nieśmiałej dobra wiadomość jest taka, że drugie podejście jest w dużej mierze stworzone dla introwertyków. Nie trzeba nikogo zaczepiać; można pozwolić, żeby prace (dowód naszych umiejętności) mówiły za twórcę.

Outbound marketing też jest możliwy, tylko w łagodniejszej, mniej „konfrontacyjnej” wersji. I jeśli dobór sposobu promowania usług będzie spójny ze mną, będę się porozumiewała moim językiem (językiem marki), moje działania przyniosą odpowiednie efekty. Jeśli naszym produktem są ilustracje na zamówienie i nie ma takiej siły, która zmusi nas do regularnego dzielenia się przemyśleniami ze wszystkimi na LinkedIn, bo nie chcemy występować w roli eksperta w tej dziedzinie, ale wiemy, że to tam są nasi potencjalni zleceniodawcy, poszukajmy drogi, która będzie dla nas komfortowa.

Nie musimy pisać publicznie do wszystkich. Można publikować swoje prace, a bezpośrednią wiadomość napisać raz na jakiś czas do jednej osoby, o której wiemy, że będzie potencjalnie zainteresowana naszymi usługami. I oczywiście zrozumienie własnej grupy docelowej jest niezbędne, by potrafić ją rozpoznać, nawiązać z nią kontakt i pozostać w komunikacji.

Wrócimy na chwilę do salonu pachinko. Interesują mnie bowiem warunki: jak zorganizowana jest ta przestrzeń i okoliczności, które sprzyjają odłączeniu się od ciała. W salonach w sposób dojmujący się tego doświadcza. I to nie jest przypadek, że tam zagłuszane są nasze zmysły. Podobnie tracimy kontakt ze sobą, gdy zaczynamy scrollować niekończące się „tablice” platform społecznościowych. Poczucie bycia sobą rozumiem jako zakotwiczenie we własnej cielesności, a nie tylko w procesach poznawczych.

 

 



Od posta do spotkania: case study

Dlaczego piszę o ciele, skoro tekst dotyczy mediów społecznościowych?

Zdolność do odczuwania własnego istnienia przez ciało powoduje, że jesteśmy gotowi do tworzenia znaczeń, wartości, kultury i relacji. Jeśli odczuwam siebie w pełni (wraz z cielesnością) i natrafiam na drugą osobę, która też odczuwa siebie w pełni, takie spotkanie staje się doskonałą okolicznością do nawiązania relacji. Ujawnianie siebie w sposób autentyczny może do tego doprowadzić. Chcę to zilustrować, przytaczając moją historię dojścia do tego, że czytasz ten artykuł na łamach PURPOSE.

Publikowałam swoje przekonania i przemyślenia na LinkedIn, powiązane z moją aktywnością zawodową. Na moje posty trafiła Agnieszka Cichocka, CEO platformy CreativeTech Poland (jaki udział w tym miały algorytmy, że akurat mój profil się wyświetlił na jej feedzie? – tego nie umiem zbadać, co też zachęca do namysłu).

Dostałam wiadomość i zaproszenie do wzięcia udziału w MeetUpie „Women in Creative Tech”. Tam spotkałam Maję Ruszkowską-Mazerant (współpomysłodawczynię pisma, redaktorkę naczelną, a zarazem art directorkę), która gdy prezentowała ideę PRObeing model, wspomniała o klubie czytelniczym, co całkowicie rezonowało z moją naturą mola książkowego. Tak się poznałyśmy i pozostałyśmy w kontakcie na LinkedInie.Potem sprawy się potoczyły. Zaproponowałam temat w ramach open call, Maja pokierowała w stronę mediów społecznościowych i oto jesteśmy. A gdzie tu ciało? Każda z nas wykonała „wysiłek” fizyczny – w roli organizatorki lub uczestniczki wydarzenia.

Gdy LinkedIn wspiera naszą pracę, ale działania są realne – faktycznie wchodzimy w kontakt z ludźmi, a przy tym współdzielimy wartości i odbywa się to w prawdziwych przestrzeniach, czyli towarzyszy nam ruch (do którego potrzebujemy ciała) – to platforma społecznościowa jest narzędziem, które wspiera, bo pomaga zainicjować kontakt lub pozostać w relacji.

Platforma oficjalnie przyznaje, że ranking posta zależy od bardzo wielu czynników: treści, profilu autora, jego sieci, wcześniejszych zachowań odbiorców, reakcji i komentarzy, udostępnień i czasu, jaki ludzie spędzają na oglądaniu posta. Dlatego mamy wysyp porad: „publikuj rano lub w porze lunchu”, „najlepiej we wtorki i czwartki”, „nie wrzucaj linku do opisu”, „dodaj zdjęcie”, „zadawaj pytanie na końcu”, „pisz krótsze akapity”, „pokazuj twarz”, „opowiadaj historię zamiast publikować raport” etc.

Dodatkowo od 2026 r. LLM-y i generatywne modele, które LinkedIn wykorzystuje, służą do analizy tematu i długoterminowych wzorców zachowań użytkownika. LinkedIn nie mówi nam, co mamy publikować, a jednak skutecznie wpływa na to, co publikujemy. Czy można już mówić o algorytmicznej konformizacji? Pójdę dalej: jeśli się nie podporządkuję, to czeka mnie „cyfrowa sankcja”, bo mój post zamiast 50 tysiącom użytkowników wyświetli się 500 osobom?

Jak wygląda „formowanie” zachowania użytkowników w praktyce? Algorytm nagradza pewien typ zachowania, użytkownik obserwuje wynik i dostosowuje swoje zachowanie (często tu się pojawia słowo „optymalizacja”), algorytm dostaje więcej danych i zachowanie się utrwala. Platforma informuje także, że już ogranicza recycled/generic content i engagement bait, czyli ranking ma częściej promować treści bardziej autentyczne i wartościowe. Jest to algorytmiczne regulowanie zachowań poprzez dystrybucję uwagi, tam gdzie dla platformy będzie to ekonomicznie uzasadnione. Jakie rodzaje treści będą się opłacały w 2027 roku?
 

 

 



Czy da się pogodzić ujawnianie z regułami działania platform?

Na LinkedIn chcemy sprzedawać nasze kompetencje, a zasady działania platformy powodują, że sprzedajemy dostęp do siebie. Rzeczy, które były moim życiem, stają się „aktywami” komunikacyjnymi. Platforma nagradza sygnały, które algorytm interpretuje jako właściwe dla odbiorcy (dziś to osobistość, autentyczność i rozpoznawalność) i je premiuje. W gospodarce opartej na algorytmicznej dystrybucji uwagi prywatność przestaje być przeciwieństwem kapitału, a zaczyna być jego formą. Zachęcam do refleksji: którą część siebie wystawiamy na sprzedaż dziś?

Czy istnieje więc droga pogodzenia ujawniania z regułami działania platform? Moim zdaniem tak, tylko to wymaga wzięcia odpowiedzialności za siebie (i swoją markę, organizację) oraz wyznaczenia reguł, których przestrzegamy, a których nigdy nie przekroczymy. Może i niektóre będą zbieżne z regułami, które narzuca LinkedIn. Ważne jest, żeby ustawić się do tej platformy w roli gracza, który ma też swój „regulamin” postępowania i rozumie to, w czym bierze udział.

Marka, organizacja, człowiek mogą się komunikować przez kompetencje, przez wartość merytoryczną (szczególnie twórca) i co więcej, mogą też podjąć decyzję o nieobecności. Naprawdę nie jesteśmy skazani na dostosowywanie się. Na jednym z ostatnich służbowych spotkań ktoś mi przypomniał powiedzenie, które chcę tu przytoczyć: „tylko zdechłe ryby płyną z prądem”. Możemy nie chcieć uczestniczyć w ekonomii widoczności na zastanych warunkach. Jak to zrobić?

Zamiast 30 tysięcy obserwujących możemy mieć 30 osób wokół siebie – mikrospołeczności, które realnie znają wartość naszej pracy. Mogą to być kręgi dostępne tylko na zaproszenie. Możemy podejmować wysiłek, żeby pogłębiać relacje, zamiast wypalać się na budowaniu szerokości ekspozycji tam, gdzie nie czujemy się sobą, a granica tolerancji człowieka na zalew syntetyczną treścią sięga zenitu. Możemy inwestować w przestrzenie, w których nie liczy się skala, tylko wspólne zrozumienie, rozwój zaufania i jakość kontaktu.

Jeśli mogę coś polecić tym, którzy pozostają aktywni na platformach, w tym na LinkedInie (też się do nich zaliczam), to zachęcam do unikania reaktywnego nadawania, a także do zdrowej dozy sceptycyzmu. Można to osiągnąć przez ograniczone zaufanie do tego, co próbuje przyciągnąć uwagę, wywołać reakcję, wciągnąć w spór, uczynić ze mnie uczestnika gry, do której ustalania zasad nikt mnie nie zaprosił. Jest spora szansa, że za moment na platformach społecznościowych wszyscy będziemy jak Diogenes z Synopy, który w biały dzień chodził po ateńskim rynku z zapaloną lampą w poszukiwaniu prawdziwego człowieka.

Każdy, kto bierze udział w tej grze, powinien odpowiedzieć na pytanie, czy chce w pędzie działać tak, jak sobie tego algorytmy życzą i przy tym zarabiać, pozwalając jednocześnie korporacjom na swobodne monetyzowanie ludzkich słabości. A może lepszym rozwiązaniem jest wzięcie odpowiedzialności za siebie, swoją postawę, najbliższe otoczenie, za swoje komunikaty i ujawnianie się w zgodzie ze sobą? Można podjąć taką próbę przyłożenia się do osiągania pozytywnych rezultatów społecznych.
Świat nie jest określony, tylko tworzony. Infrastruktura cyfrowa jest jego częścią. Czy wolimy być na niej w roli pasywnego odbiorcy bodźców, czy aktywnie poruszać się przez świadome uczestnictwo albo nieobecność? Mamy wybór.

 

Tekst Agata Kühl

Absolwentka Wydziału Polonistyki Uniwersytetu Warszawskiego. W Rytm.Digital menedżerka odpowiedzialna za relacje i komunikację z klientami oraz przygotowywanie rekomendacji dotyczących strategii komunikacji. Prowadzi warsztaty i wywiady pogłębione z użytkownikami. Doświadczenie zawodowe zdobywała w warszawskich agencjach reklamowych, gdzie koordynowała kampanie dla klientów korporacyjnych. Od ponad dekady wspólnie z zespołem działa na rzecz polskich instytucji kultury. W wolnym czasie mól książkowy; zainteresowana narracją i sztuką opowiadania historii.
Link do strony: rytm.digital