Na zdjęciu Anna Gnatkowska na Madagaskarze

Maja Ruszkowska-Mazerant, kuratorka treści numeru Wartości:

Dlaczego ten tekst znalazł się w magazynie PURPOSE? Pracując nad wyborem materiałów do tego szczególnego numeru o wartościach, zależało mi na pokazaniu różnorodnych perspektyw – tego, czym dla nas są wartości, jakie wyznajemy i jakimi chcielibyśmy się kierować. A także tego, co ze sobą niosą i czego są wyrazem.

Artykuł, a właściwie fotoreportaż Anny Gnatkowskiej – fotografki oraz specjalistki ds. szkoleń i rozwoju osobistego – pokazuje temat z innej strony: jako poszukiwanie wartości w tym, co trudne, tragiczne, co pozornie nie pozostawia przestrzeni na refleksję. Jej podróż do Madagaskaru, do wioski dla trędowatych, uświadamia, jak bardzo – jako ludzie żyjący w Polsce – jesteśmy uprzywilejowani. Jednocześnie daje impuls do zatrzymania się i zadania sobie pytania, czego naprawdę chcemy od życia. Życia, które może być łatwiejsze i trudniejsze. Ten tekst skłania także do zastanowienia się nad samym znaczeniem trudności, nad ich wagą, ale i wartością.

Pokazuje również pracę fotografki, która poprzez obrazy, uważne patrzenie i odczuwanie opowiada o tym, co jest dla niej ważne – co ją porusza i wpływa na wybór tematów, które utrwala i pokazuje odbiorcom.

Mam nadzieję, że ten wymagający i poruszający materiał pozwoli Wam zobaczyć siebie w innym świetle, nie przez pryzmat nieustannego rozwoju, wzrostu i parcia naprzód, lecz poprzez chwilę refleksji nad tym, gdzie jesteśmy, jak żyjemy i jakie są nasze wartości.

Zapraszam do lektury.

Co zawiera artykuł:
1. Wartości – gdzie i jak wzrastają
2. Czy wszędzie wartości są podobne np. na Madagaskarze?
3. Wioska dla trędowatych – leprosorium
4. Nie mów mi o wartościach, jeśli nie mam co jeść
5. Wdzięczność i spokój

 

Gdzie mieszkają wartości i jak powstają? Nie są gotowym zestawem zasad – instrukcją obsługi, którą dostajemy po narodzeniu. Nie są też zapisane w naszej podstawowej konstrukcji. Jest to żywy system, który kształtuje się w czasie, reaguje na otoczenie i zmienia się wraz z nami.

To, co uznajemy za ważne, wyrasta z kilku źródeł. Z domu wynosimy pierwsze wzorce: co jest „dobre”, co „właściwe”, co wypada, a czego lepiej unikać. Później dochodzą doświadczenia – czasem trudne, czasem przełomowe – które potrafią przewartościować wszystko, w co wcześniej wierzyliśmy. Na to nakłada się kultura, w której żyjemy: jej normy, narracje, sposób patrzenia na świat. I wreszcie jest jeszcze coś najbardziej osobistego – nasze własne decyzje. To momenty, w których świadomie (albo zmuszeni okolicznościami) decydujemy, kim chcemy być i według jakich zasad działać.

Dlatego wartości nie są stałe ani dane raz na zawsze. Ewoluują – często w głębi naszej duszy, niemal niezauważalnie, a czasem gwałtownie pod wpływem wydarzeń, które burzą dotychczasowy porządek.


„Raj na ziemi” – Madagaskar

Kto oglądał animowany film pt. „Madagaskar”? Nawet jeśli ktoś go nie zna, to i tak zapewne kojarzy barwną postać Króla Juliana – lemura, który bawił i zaskakiwał swoimi „mądrościami”. W tej popkulturowej wersji Madagaskar pokazany jest jako egzotyczny raj – wyspa pełna słońca, turkusowej wody i beztroski.

Rzeczywistość wygląda jednak inaczej.

Owszem, są tu miejsca zachwycające swoim pięknem: plaże, które mogłyby się znaleźć na pocztówkach z zachwycającymi kadrami, kolorami i wizualnym ukojeniem, przepiękne baobaby, wioski lemurów... Wiele z nich pozostaje jednak niedostępnych dla większości mieszkańców. Znajdują się w rękach prywatnych, są atrakcjami dla bogatych turystów i pozostają pod stałą ochroną, tworząc enklawy oderwane od codzienności wyspy. Poza nimi zaczyna się inny Madagaskar – mniej widoczny, mniej „filmowy”, a znacznie bardziej wymagający. Bo tutaj wszystko, co poza miejscem chronionym, może być niebezpieczne, a Król Julian już dawno został… zjedzony.

To właśnie w tym kontraście – między wyobrażeniem a rzeczywistością – kryje się prawdziwa historia tego miejsca.

Madagaskar jest na 2. miejscu w rankingu najbiedniejszych wysp na świecie. Średnia długość życia wynosi tam ok. 45 lat. Edukacja jest dla wybranych i zwykle organizuje się ją przy zgromadzeniach religijnych, a za wizytę u lekarza trzeba zawsze zapłacić, bo służba zdrowia nie jest refundowana przez państwo. Drugie imię Madagaskaru to bieda. Jest to oczywiście bardzo odważne stwierdzenie, ale bieda trwa tu od pokoleń. Wgryzła się już w tkanki zarówno ludzkie, jak i miejskie. Tu codzienność nie jest planowaniem przyszłości, ale organizowaniem teraźniejszości – dnia, który trzeba przeżyć. Bieda nie jest też epizodem, z którego można wyjść, ale stanem, w którym się dorasta i trwa. Dzieci od najmłodszych lat pracują na polach ryżowych lub przy uprawie manioku, a te, które mogły pójść do szkoły, bo rodzina zdołała zebrać pieniądze na ich edukację, kończą je, może nawet czasem zdają maturę i… wracają do wioski, by pomagać przy sadzeniu ryżu.

Madagaskar to miejsce pełne kontrastów. Przepiękna wyspa o niezwykłym bogactwie przyrody, gdzie życie w swojej najdzikszej formie rozkwita, czerpie i korzysta, tuż obok ludzkiego niedoboru i ciągłych braków. To zestawienie uderza najmocniej – mnie, fotografa – obrazami, patrzeniem i odczuwaniem.

Wioska dla trędowatych – leprozorium

Od wspomnianych lazurowych plaż do wioski dla trędowatych jest ok. 200 km, ale to droga nie do pokonania (przez dzikie lasy, w trudnym terenie), więc na pewno żaden pacjent tej wioski nie rozłoży leżaka koło naszego. To oczywiście zbyt krnąbrny żart z mojej strony, ponieważ pacjenci leprozorium często tracą palce w kończynach i mają liczne problemy neurologiczne. Chęć zażartowania wzięła się jednak z pojęcia czasoprzestrzeni na Madagaskarze. Drogę do leprozorium – ok. 240 km – przejechałam bowiem autem terenowym z napędem 4x4 w 6 godzin! Mam wrażenie, że Madagaskar ma jedną drogę, która prowadzi ze stolicy wzdłuż wyspy na południe – drogę porozpruwaną z asfaltu średnio co 500 metrów.

Wreszcie dojechałam na miejsce, do wioski dla trędowatych zwanych przez autochtonów „Maraną”.

Co oznacza to słowo? „Marana” to imię właściciela tego wzgórza, który żył w drugiej połowie XIX wieku. Człowiek ten pochodził z arystokratycznego rodu, podobno nawet był potomkiem rodziny książęcej. Niestety, los go doświadczył – zaraził się i zachorował na trąd. Nie mógł zatem mieszkać razem z rodziną. Musiał opuścić dom i żyć w odosobnieniu, obawiając się, by nie zarazić innych członków rodziny tą straszliwą chorobą. Jak opowiadają starsi mieszkańcy tego regionu, rodzina wybudowała dla niego dom na górze Kianjasoa, która była częścią rodzinnych włości. Obecność na wzgórzu trędowatego księcia Marana przyciągała innych trędowatych, którzy żyli w skalnych grotach w tamtejszej okolicy. Później książę miał podarować ów teren trędowatym, aby mieli gdzie się ukrywać, wypędzani ze swoich wiosek. Jakiś czas później  i inni jezuiccy misjonarze, którzy raz w tygodniu dostarczali trędowatym żywność, wybudowali dla nich domek, aby mieli jakieś schronienie. Dopiero przyjazd w 1892 r. ojca Jana Beyzyma z Polski zmienił to miejsce. Zaplanował on i zrealizował budowę szpitala na terenie podarowanym przez księcia Marana. [1]

Dzięki pomocy rodaków z Polski Ojciec Jan wybudował dla swoich „czarnych piskląt” szpital na 250 łóżek – z bieżącą wodą z pobliskich gór, kościołem i dwoma budynkami pomocniczymi (jeden dla sióstr pielęgnujących chorych, a drugi dla jezuitów). Do zrealizowania takiego projektu na tym bezludziu potrzeba było prawie 10 lat.

Niedługo po wprowadzeniu się trędowatych pensjonariuszy do sal szpitalnych w sierpniu 1911 r. o. Jan sam podupadł na zdrowiu. W czasie choroby bardzo cierpiał. 2 października 1912 roku zmarł, wycieńczony ponadludzką pracą i surowym trybem życia. Po śmierci polskiego misjonarza prasa na Madagaskarze napisała: „Najpiękniejszą pochwałą tego człowieka jest to, że zawsze był posługaczem trędowatych. Wykonywał prace, na jakie nie skazuje się nawet zbrodniarzy, a o. Beyzym pokochał te prace całym sercem”. [2]

Został pochowany w kaplicy na terenie leprozorium, a w niedługim czasie został jednym z nielicznych madagaskarskich świętych.

Każdy w tym miejscu jest ciekawy, jak wygląda ten szpital. Ja zapamiętałam go w taki sposób, że przede wszystkim niewiele się zmienił od czasów jego wybudowania. Te same blachy pokrywające dach od 1910 roku (przywiezione z Polski)… Widać na nich ząb czasu, ale są regularnie „cerowane”. Szpital jest skrajnie prosty, wręcz prymitywny, ale wystarczający i funkcjonalny. Dzieli się przede wszystkim na część damską i męską, z osobnymi kuchniami, ale wspólnymi przestrzeniami leczniczymi, warsztatami, kaplicą. Wszędzie są grube mury.

A jak dochodzi do zakażenia trądem? Najczęściej poprzez długotrwały, bliski kontakt z osobą chorą – szczególnie wtedy, gdy dochodzi do ekspozycji na wydzieliny z dróg oddechowych, np. podczas kaszlu czy kichania. W bardziej zaawansowanych stadiach choroby ryzyko zwiększa się również przy bezpośrednim kontakcie ze zmianami skórnymi.

Współczesna medycyna daje jednak zupełnie inne możliwości niż jeszcze kilkadziesiąt lat temu. Trąd jest dziś chorobą uleczalną, a terapia – odpowiednio wcześnie wdrożona – jest skuteczna i stosunkowo krótka. W zależności od stopnia zaawansowania, pacjenci trafiający do leprozorium pozostają pod opieką od kilku miesięcy do ok. pół roku.

Niestety, konsekwencje późno rozpoznanej choroby bywają poważne. Trąd może prowadzić do trwałych uszkodzeń nerwów, utraty czucia, a w efekcie – do deformacji kończyn, utraty palców u rąk i stóp, problemów ze wzrokiem oraz powikłań neurologicznych.

Do leprozorium trafiają również chore kobiety w ciąży oraz matki z małymi dziećmi. W tych miejscach ogromną rolę odgrywa nie tylko leczenie, ale i profilaktyka. Siostry zakonne organizują dla dzieci zajęcia edukacyjne oraz dbają o podstawową opiekę zdrowotną. Dzięki temu, mimo bliskości choroby, dzieci nie ulegają zakażeniu i mogą rozwijać się oraz funkcjonować w sposób możliwie najbardziej spokojny.

Gdy w leprozorium życie biegnie powoli i w swoim tempie, w tym samym czasie poza murami wioski…

Nie mów mi o wartościach, jeśli nie mam co jeść

Jak wyglądają wartości na wyspie Madagaskar? Nie da się ich opisać jednym kolorem. Są różnorodne, zanurzone w lokalnych tradycjach i doświadczeniach, a ich sens zmienia się wraz z regionem, historią i codziennością ludzi. W jednych miejscach mają przestrzeń, by wybrzmieć i się umacniać, w innych – ustępują pod naporem realiów życia. Zresztą nie jest to zjawisko wyjątkowe. Podobne napięcia odnajdziemy w wielu częściach świata – w Afryce, Indiach, a nawet w samej Europie. Wszędzie można dostrzec wartości, które są pielęgnowane, ale i takie, które pozostają jedynie w sferze deklaracji. Weźmy choćby odwagę: czy przejawia się w gotowości do pomocy i obrony dobra wspólnego, czy raczej w anonimowej krytyce, a czasem agresji w przestrzeni internetowej?

Różnica polega jednak na proporcjach. Tam, gdzie codzienność naznaczona jest brakiem – dostępu do jedzenia, wody, bezpieczeństwa – wartości wypadają na pierwszym zakręcie. W zderzeniu z koniecznością przetrwania to, co moralne, bywa odkładane na później.

Co więc wybrzmiewa najmocniej na „Czerwonej Wyspie”, czyli Madagaskarze, gdzie faktycznie ziemia często ma kolor ceglano czerwony? Jednym z kluczowych filarów życia społecznego jest system wierzeń i zakazów związanych z kultem przodków, określany jako fady. To on w dużej mierze porządkuje codzienność, wyznacza granice tego, co dozwolone i niedozwolone, oraz nadaje sens wydarzeniom, które dla przybysza z zewnątrz mogą wydawać się odwróceniem cywilizacyjnej logiki.

Narodziny dziecka czy ślub nie są tu wydarzeniami szczególnie celebrowanymi. Znacznie większe znaczenie ma śmierć – moment, który nie zamyka relacji, lecz ją przekształca. Odejście bliskiej osoby staje się okazją do wielodniowych spotkań rodzinnych, wspólnego jedzenia, rytuałów i świętowania. Budowane są grobowce, często solidniejsze i bardziej dopracowane niż domy żyjących. To nie paradoks, lecz wyraz głębokiego przekonania, że więź z przodkami trwa i wymaga pielęgnowania.

Najbardziej symboliczny wymiar przybiera to podczas rytuału famadihana – „przewijania zmarłych”. Polega on na uroczystej ekshumacji szczątków przodków, owinięciu ich w nowe całuny i ponownym złożeniu w grobowcu. Dla Malgaszy jest to akt szacunku, podtrzymywania relacji i prośby o błogosławieństwo. W tym sensie to, co dla wielu kultur stanowi koniec, tutaj jest elementem ciągłości. Kult przodków zajmuje miejsce, które w innych częściach świata przypisuje się przede wszystkim celebracji życia.

Jednocześnie obok tych silnych, zakorzenionych tradycji istnieje codzienność, która stawia przed ludźmi zupełnie inne wyzwania. W warunkach skrajnej biedy, braku dostępu do edukacji, opieki zdrowotnej czy stabilnych źródeł utrzymania wybory życiowe często przestają być kwestią wartości, a stają się kwestią przetrwania. Relacje międzyludzkie, także te najintymniejsze, bywają podporządkowane ekonomii i konieczności.

Z perspektywy zewnętrznej wiele z tych zjawisk może budzić sprzeciw czy niezrozumienie. Łatwo jest je oceniać w kategoriach moralnych, trudniej – spróbować zobaczyć kontekst, w którym powstają. Bo czym jest godność w miejscu, gdzie kilka osób śpi w jednej ograniczonej przestrzeni, bez prywatności i podstawowych warunków higienicznych? Czy jej granice przebiegają tam, gdzie my jesteśmy przyzwyczajeni je stawiać? Gdzie jest godność cielesna? A może całe pokolenia ją zatraciły? Może w trakcie życia w zbiorowości, bez fragmentu prywatności, jeden akt zbliżenia w lepiance z zasłonką jest właśnie wartością intymności dla samego siebie?

Być może w takich realiach to nie wartości znikają, lecz zmienia się ich hierarchia. Głód, brak perspektyw i ciągła walka o podstawowe potrzeby sprawiają, że na pierwszy plan wychodzą instynkty przetrwania. A wraz z nimi pojawia się pytanie, które trudno zignorować: czy człowiek pozbawiony fundamentów życia ma jeszcze przestrzeń, by kierować się tym, co nazywamy wartościami, czy najpierw musi odzyskać warunki, by w ogóle móc te wartości wybierać?

Tu od razu nasuwa się teza wartości wyboru samego w sobie, luksus możliwości wyboru… To takie ważne, a tak rzadko uświadamiane.

Wróćmy jednak do leprozorium…

Wdzięczność i spokój

W porównaniu z tym, co widzimy na co dzień na Madagaskarze, nasza wioska dla trędowatych wydaje się miejscem zatrzymanym poza czasem. Tam, „na zewnątrz”, życie pędzi – w chaosie, w nieustannym szukaniu, w walce o cokolwiek, co pozwoli przetrwać kolejny dzień. Tu rytm jest inny. Wolniejszy. Uporządkowany. Jakby ktoś zdjął z ludzi ciężar pośpiechu i zostawił tylko to, co konieczne.

Kiedy do leprozorium przyjeżdża biały człowiek, na dziedziniec schodzą się powoli pacjenci – z ciekawością, z uśmiechem, z nadzieją rozmowy. To coś, co przerywa rutynę dnia. A jednak to nie ciekawość najbardziej zaskakuje, tylko to, co bije od tych ludzi: spokój, radość, wdzięczność, pokora. Nie powierzchowna uprzejmość, ale coś głębszego, cichszego. Jakby każdy z nich już przeszedł przez moment buntu, pytania „dlaczego ja” i wyszedł z niego gdzieś dalej, w miejsce, gdzie zostaje tylko akceptacja.

Historia choroby jest dosłownie wyryta na ciałach pacjentów, od razu widoczna. Wiedzą też, że poza murami tego miejsca świat nie zawsze ma dla nich przestrzeń; że będą postrzegani przez pryzmat tego, co widać najpierw, czyli zdeformowanych dłoni, zmienionej twarzy, trudności w poruszaniu się i widzeniu. I może właśnie dlatego tak uderzające jest to, że nie zamykają się na drugiego człowieka. Wręcz przeciwnie – są go ciekawi. A jak na Madagaskarze ludzie podchodzą do chorych na trąd? „Trąd, znany również jako choroba Hansena (od nazwiska odkrywcy prątka w 1873 r.), przez stulecia był określany mianem «choroby wyklętej» lub «przeklętej». Wynikało to z faktu, że chorych postrzegano jako naznaczonych przez Boga, a wywoływane przez chorobę deformacje ciała budziły przerażenie i prowadziły do absolutnego wykluczenia społecznego”. [3]

Można odnieść wrażenie, że po przekroczeniu pewnej granicy – tej społecznej, kiedy zostaje się odrzuconym, i tej wewnętrznej, kiedy trzeba pogodzić się z własnym losem – coś się upraszcza. Odpadają ambicje, rywalizacja, porównywanie się. Zostaje relacja. I wdzięczność za to, co jest, nawet jeśli to „co jest” nie przypomina życia, które znamy.

Codzienność w leprozorium ma swój rytm i swoje role. Kobiety zajmują się przygotowywaniem posiłków, dbają o porządek i wspólną przestrzeń. Mężczyźni pracują w ogrodzie, uprawiają maniok, doglądają zwierząt: kur, świń, owiec. To proste zadania, ale dają poczucie sensu. Każdy jest do czegoś potrzebny. Każdy ma swoje miejsce.

Dzień zaczyna się i kończy podobnie. Przed śniadaniem i kolacją wszyscy gromadzą się w kaplicy, przy wspólnej modlitwie z księdzem Józefem Pawłowskim – Polakiem, który nadzoruje to miejsce od lat i dba o to, żeby wszystko funkcjonowało na przyzwoitym poziomie. Potem wszyscy idą na wspólny posiłek. Nie ma pośpiechu, nie ma napięcia. Jest coś, co trudno nazwać inaczej niż spokojem. Nie ciszą – bo słychać rozmowy, śmiech, odgłosy codzienności – ale spokojem, który siedzi głębiej, jakby zakorzeniony.

A przecież oni wiedzą, co czeka ich później. Po zakończeniu leczenia wielu wróci do swoich wiosek. I bardzo często wróci do świata, który ich nie przyjmie. Nie dlatego, że choroba wciąż zagraża – bo często jest już wyleczona – ale dlatego, że zostawia ślady. A te ślady budzą lęk, odrzucenie, dystans. Trąd widać. A to, co widać, bywa trudniejsze do zaakceptowania niż to, co niewidoczne.

Jeden z pacjentów po zakończeniu leczenia wrócił do swojej rodziny. Nie został przyjęty. Stał się kimś, kogo trzeba wykarmić, a nie kimś, kto może coś wnieść. Znalazł schronienie gdzieś obok wioski, na marginesie własnego świata. Udało mu się znaleźć dorywczą pracę przy kładzeniu asfaltu. Ciężką, fizyczną, w wysokiej temperaturze. Każdego dnia jego dłonie i stopy – pozbawione czucia – stykały się z rozgrzaną masą. Nie czuł bólu od razu. Dopiero później widział skutki: otwierające się rany i powracające problemy, które miały już należeć do przeszłości.

Nie wiadomo, co się z nim dzieje dziś: czy nadal pracuje, czy znalazł swoje miejsce, czy ktoś go w końcu przyjął. Ale jest w tym historia, która zostawia trudne pytanie. Bo kiedy ten człowiek umrze, jego ciało zostanie zabrane do rodzinnej wioski. Odbędzie się ceremonia, spotkanie, świętowanie, zgodnie z lokalną tradycją. I wtedy znów stanie się – paradoksalnie – częścią wspólnoty.

To zderzenie jest trudne do jednoznacznej oceny. Z jednej strony odrzucenie za życia, z drugiej – powrót do wspólnoty po śmierci. Gdzie w tym wszystkim są wartości? Czy zmieniają się wraz z okolicznościami, czy może odsłaniają się dopiero w skrajnych warunkach?

A może prawdziwe pytanie nie brzmi: czy ci ludzie mają wartości, tylko: jakie wartości są możliwe, kiedy życie odbiera wybór?

Na zdjęciu Siostra Iwona KornilukSuplement

Wszystkie historie tu przedstawione są faktami, które opowiedziała mi siostra Iwona Korniluk, franciszkanka misjonarka pochodząca z Kędzierzyna-Koźla. Mieszka od wielu lat na Madagaskarze i pracuje w szpitalu jako pielęgniarka. Zna życie Malgaszów z różnych części wyspy i zawsze powtarza: „są jeszcze dobrzy Malgasze”, ponieważ współpracuje z wieloma osobami, koordynuje misje lekarskie oraz pomoc ze strony kościoła, np. ojca Adama Szustaka OP (ma swój kanał na YT pt. „Langusta na palmie”), który prowadzi zbiórki pieniędzy na rzecz najbiedniejszych na Madagaskarze.

Sama siostra Iwona jest postacią bardzo pogodną i barwną. Cieszy się w społeczności lokalnej szacunkiem. Dysponując środkami pozyskanymi przez zaprzyjaźnione grupy z Polski, stara się pomagać Malgaszom w sposób mądry i odpowiedzialny. Krzewi w nich podstawowe wartości, takie jak uczciwość i prawda, oraz buduje w nich poczucie odpowiedzialności. Wspiera zatem nie tylko ich zdrowie, ale także kształtuje ich moralność. Dziękuję siostrze Iwonie za wspólną podróż, dobry czas, głębokie dyskusje oraz otwieranie serca i umysłu na to, co nieznane.

 

Tekst i zdjęcia Anna Gnatkowska

Anna Gnatkowska – fotograf, specjalista ds. szkoleń i rozwoju osobistego w Transfer Multisort Elektronik w Łodzi. Uprzednio nauczycielka technologii informacyjnej. Jak sama mówi o sobie: „Lubi naduszać duszą akt rejestracji zdjęcia. Kreatywność to dla niej naturalny sposób funkcjonowania, dzięki któremu tworzy nowe rozwiązania, przełamuje ‚niedasizm’ i pokazuje, że odwaga w myśleniu może realnie zmieniać rzeczywistość. Fascynuje ją mózg i biochemia, a rozmową buduje wspólny grunt dla emocji.”

Przypisy:

[1] https://beyzym.pl/historia-marany/

[2] tamże

[3] www.medycynapraktyczna.pl


Jak można pomóc?

Wsparcie dla mieszkańców wioski można okazać na kilka sposobów. Działania prowadzi Fundacja Afriqua wraz z dr. Bartkiem Osadnikiem, który regularnie wyjeżdża na miejsce i przeprowadza operacje ortopedyczne. Pomoc organizuje również o. Adam Szustak – dominikanin, który prowadzi zbiórki i odwiedza tę społeczność podczas swoich wyjazdów na Madagaskar.

Więcej informacji:

Fundacja Afriqua: facebook

o. Adam Szustak: langustanapalmie.pl