leszek_bartkiewicz

Leszek Bartkiewicz

Leszku, rozmawialiśmy w 2007 roku o Twoim pobycie w Nowym Jorku. Powiedziałeś wtedy, że „cały świat ma kompleks Nowego Jorku”. Nadal tak uważasz?

Pewnie, że tak. Chociaż ja mam korzenie europejskie. Kiedy byłem na wakacjach w Toronto, w Kanadzie w 2002 roku (a także po tej drugiej stronie, czyli w USA) i pokazywałem tam swoją sztukę, w rozmowach zawsze mi to przypominano. Jestem z Europy i to nawet widać w moich pracach. To zupełnie inny rodzaj wrażliwości. W Stanach jest teraz potworny kryzys, wystarczy pooglądać telewizję. Jest teraz np. trudniej dostać stypendium, czy coś takiego. Ale myślę, że to się zmieni i to już za jakiś czas. Ja obstaję za Europą, ponieważ nie można działać wbrew swojej naturze. Mówiąc o Nowym Jorku, mam na myśli inny sposób postrzegania pewnych rzeczy. Tam się szanuje ludzi, którzy sobą coś reprezentują, mają talent, autentyczne osiągnięcia, dostają nagrody. Ich się tam nagradza, ceni, daje możliwość dalszego rozwoju i kreacji. Później całe społeczeństwo z tego korzysta. Ludzie się nawzajem szanują, każdy jest na swój sposób potrzebny. U nas jest zupełnie odwrotnie, nikt nikogo nie szanuje. Nie mamy nowych tzw. elit, a stare zbiedniały do reszty lub są na wymarciu. U nas są bardzo złe relacje między pokoleniami, przy czym chodzi mi tutaj nie tylko o sztukę. To bardzo niedobrze, jeśli patrzy się na to szerzej.


wystawa

The 2006 Chelsea International Fine Art Competition

Czy od czasu tego pobytu w 2002 roku współpracujesz z galerią z Nowego Jorku?

Żeby taką współpracę podjąć, trzeba np. podpisać roczną umowę z galerią. Wiąże się to z zajęciem się przez nią danym artystą przez ten rok. Ja taką umowę mam i myślę, że kiedyś przyda mi się kolejny pokaz w NY, np. solowy. Przyjdzie na niego stosowny moment w moim życiu. Jak będzie mnie na to stać, to zorganizujemy wystawę trzy razy większą niż ta, którą miałem wcześniej. Dostałem się tam za ocenę dotychczasowego dorobku, a zaprosiła mnie główna programowa kuratorka z Chelsea Art Museum. To można nazwać zdrową konkurencją i prawdziwym sprawdzianem talentu. To zupełnie jak u nas [śmiech].

Ostatnio zacząłeś pracować jako kurator wystaw w Łodzi, współpracujesz też z Urzędem Miasta Łodzi, z artystami, sponsorami. Jak dzisiaj widzisz nasze miasto, bo kiedyś byłeś względem niego dość krytyczny?

Zajmuję się wieloma rzeczami oprócz własnej twórczości, chociaż wszystko, co robię, ma związek z szeroko rozumianą twórczością. Ostatnio mam ciągoty do większych, monumentalnych prac. Pewnie pytasz o Strefę Łódzkiej Awangardy w galerii plenerowej. Pomysł powstał w lipcu 2009 roku. I super, ludzie się przyzwyczaili, nie zdarza się dewastacja. Może do dalszej współpracy uda mi się pozyskać Muzeum Sztuki, zobaczymy, mam taką nadzieję. To w końcu bardzo dobra reklama na zewnątrz. Dla łodzian. Teraz więcej pracuję dla innych. W Łodzi jest kiepsko, bo każdy myśli tylko o sobie. To dramat tego miasta, bo wiele wspaniałych idei przez to upadnie. Jak oglądamy telewizję, to widzimy tylko awantury i polityczne gierki. To zwyczajna walka o stołki, polityka zamiast kultury dominuje już wszędzie. Trzymam się od tego z daleka i cieszę się, że mogę jeszcze coś pozytywnego i kreatywnego robić dla tego miasta. Taka jest niestety dzisiejsza rzeczywistość.
wystawa

Agora Gallery, Chelsea, New York, NY 10001, USA

Łodzi daleko do Nowego Jorku, czy jednak zauważasz jakieś podobieństwa?

Mieszkam na Górnej, to najstarsza dzielnica Łodzi. Ma swój specyficzny klimat. Nazywam ją Brooklynem. Do „miasta” trzeba pojechać lub iść na piechotę. Dużo chodzę. Dużo rzeczy mam tutaj w zasięgu ręki, w pobliżu pracowni. Na takie porównanie z Nowym Jorkiem w ogóle nie ma skali. Nie ma o czym mówić. Nie ma prawdziwych, profesjonalnych galerii, nie ma rynku sztuki, nic nie ma. Co by się nie zaczęło robić, zaraz wielki szum, bo to pionierskie, bo to złe, bo to nowe. Po co to w ogóle? Komu to potrzebne? Tak powstają i zawsze powstawały nowe rzeczy. Ja i tak będę to robił, bo na tym polega mój sens życia. Życia sztuką i życia w sztuce, tak czuję.
wystawa

21 lipca – 10 sierpnia 2006

Czy wystawienie własnych prac w NYC zmieniło podejście polskich odbiorców do Twojej sztuki? Czy spotykasz się z opiniami typu: „Miał Pan wystawę w Nowym Jorku? Niesamowite, to znaczy, że jest Pan wielkim artystą”?

Miałem. W Warszawie, Toruniu, a ostatnio w Szczecinie. Tam ostatnio na mój wernisaż przyszło 300 osób. Zrobiłem dodatkowe projekcje o swojej twórczości na dvd, bo ciężko było tych wszystkich ludzi pomieścić, więc dołożyliśmy salę kominkową na projekcję. To bardzo budujące. Zważywszy, że do tego wszystkiego doszedłem praktycznie sam. Słyszałem to od ludzi z zagranicy (znam dwa języki) i od normalnych, których spotykam przy okazji. Sztuka przypomina mi dzisiaj trochę rynek mody. Ci, którzy nie są prawdziwymi artystami, ale starają się być na siłę modni, za chwilę odpadają. Zresztą mnie te wyścigi nie interesują.

A dla Ciebie, jakie znaczenie ma bycie artystą?

Znaczne. Daje mi przede wszystkim satysfakcję z tego, co robię, bo na tym polega zawód artysty. Albo się nim jest, albo nie. Po prostu. Mnie jedyne, co zostaje, to tworzyć dalej, stawiać sobie kolejne wyzwania, by podnosić poprzeczkę i potwierdzać klasę. Jak mówiłem, mnie te wyścigi na wystawy i nic nieznaczące w gruncie rzeczy polskie pseudo-nagrody nie interesują. Mam już to dawno za sobą, choć nigdy tak naprawdę w tym nie uczestniczyłem. Zarówno prawdziwa, realna konfrontacja, jak i cywilizacja są gdzie indziej. I na tym polega Unia Europejska. Nie możesz mieć pretensji, że nagle teren, na którym ty się znalazłeś, jest poza nurtem głównego rozwoju. Jeśli masz coś do powiedzenia, to do niego dołączasz i włączasz się do dyskusji na równych prawach. Tylko musisz mieć coś ważnego do powiedzenia. A z tym jest już gorzej u nas, niestety.
wystawa

Juror: Manon Slome, Chief Curator , Chelsea Art Museum, NYC, USA

Jakie teraz masz najbliższe plany?

Krytyka, czy jak się to tam teraz aktualnie nazywa, sytuuje mnie z moją twórczością w pobliżu malarstwa Witolda Wojtkiewicza czy malarzy Młodej Polski. Mnie podoba się jeszcze z tego kręgu Stanisław Wyspiański. A on napisał: „Wyzwolin ten doczeka się dnia, kto własną wolą wyzwolony”. Ja się wyzwoliłem własną wolą. Nie interesują mnie plotki, zawiść i całe to bagno. A plany to malować, tworzyć i kreować rzeczywistość wokół nas wszystkich.